RSS
 

APETYT NA KACZKĘ Z PYZAMI

08 maj

Coś musiało pójść nie tak. Odkąd Hipolit Gut znalazł się w toalecie na przystanku Pestki pod Kaponierą odczuwał pewien niepokojący dyskomfort. Prezent, który zafundował sobie i żonie z okazji dwudziestej rocznicy ślubu mógł się okazać najgłupszą rzeczą jaką w życiu wymyślił. A miało być tak wyjątkowo, tak romantycznie…

Podpisując umowę z firmą WP Co. przyjął do wiadomości, że może liczyć się z pewnymi skutkami ubocznymi związanymi z transferem osobowym w czasie. Firma dawała 99 procent gwarancji, że wszystko przebiegnie zgodnie z założonym planem. Tymczasem to, że sterczał teraz w męskiej ubikacji w stylu wczesnego XXI wieku, zamiast w eleganckiej restauracji w Hotelu Bazar w latach 20-stych wieku XX, świadczyć mogło, że jednak stał się ofiarą owego nieszczęsnego procenta nieobjętego gwarancją. Nawet nie samo miejsce go tak niepokoiło, jak to, że nie było przy nim żony Leoniki. A przecież transfer odbywał się równocześnie, w tej samej nanosekundzie. Teraz jednak był sam, zagubiony w publicznej toalecie.

Hipolit starał się zapanować nad stresem. Jeszcze parę godzin temu był wielce szanowanym mieszkańcem metropolii. Prowadził najlepszą restaurację w centrum. Jego wyszukane potrawy, które serwował gościom, oparte były na autorskich mutacjach genetycznych selektywnie dobranych składników odżywczych. Oczywiście na takie przysmaki stać było tylko bogatych klientów. Dochody z restauracji pozwalały mu wieść całkiem zasobne życie i stać go było na pewne ekstrawagancje. A ponieważ zbliżała się dwudziesta rocznica udanego pożycia małżeńskiego z Leoniką, postanowił po raz pierwszy w swym życiu zrobić coś szalonego. Nie chciał, tak jak to mieli w zwyczaju inni bogaci obywatele, zabierać małżonki na ekskluzywną wycieczkę na księżyc. Chciał wydać pieniądze na coś wyjątkowego, coś czego później zazdrościliby mu wszyscy znajomi. Dlatego zaintrygowało go spersonalizowane ogłoszenie firmy WYJĄTKOWY PREZENT CORPORATION. Firma w oparciu o najnowsze techniki zakrzywienia wymiarów czasowych oferowała tematyczne podróże w przeszłość. W zależności od pakietu można było wybrać przeróżne opcje, na przykład: wizytę w rzymskiej łaźni, godzinny pobyt w średniowiecznym zamku, czy udział w zdobyciu Bastylii podczas rewolucji francuskiej. Hipolit jednak, zgodnie zresztą ze swymi własnymi fascynacjami, skusił się na kulinarną przygodę w ekskluzywnej restauracji z początku XX wieku. Pragnął zafundować żonie i sobie niezapomniane doznania smakowe oparte o możliwość skosztowania potraw stworzonych z naturalnego białka roślinnego i zwierzęcego. Leonika, gdy dowiedziała się o prezencie jaki szykował dla niej mąż, wpadła w niezwykły jak na nią stan podniecenia.

Zaniepokojony Hipolit siedząc w kabinie toaletowej spoglądał wciąż na antyczny zegarek kieszonkowy na złotym łańcuszku, w który został wyposażony przed podróżą. Kiedy minęła godzina i nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło zrozumiał, że sytuacja robi się coraz bardziej beznadziejna. Musiał zacząć działać. Dalsze siedzenie w miejscu, gdzie niezbyt przyjemny odór drażnił jego nozdrza, nie miało sensu. Trzeba było się ruszyć, zwłaszcza, że zaczął odczuwać pierwsze symptomy głodu. W końcu opuścił toaletę. Widok żywych ludzi stojących na platformie, która zapewne była jakimś postojem transportowym, wywołał w nim odruch niczym nieuzasadnionego strachu. Jeszcze bardziej przeraził go sunący po torach zielony pojazd elektryczny, zwany niegdyś tramwajem. Gut spostrzegł, że ludzie przyglądają mu się uważnie. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że paraduje w stroju niezbyt pasującym do epoki, w której się znalazł. Firma WP Co. przed wysłaniem jego i małżonki w przeszłość zadbała o wszelkie stosowne detale, w tym także o odpowiednie ubrania. On został ubrany w brązowy prążkowy garnitur w stylu angielskim i kapelusz z szerokim rondem. Leonika, gdy zobaczyła jego przebranie dostała prawdziwego ataku śmiechu. Natomiast ona sama w kremowym żakiecie i czarnej spódniczce do kolan oraz czarnym toczku z woalką na głowie wyglądała zjawiskowo. I gdzież teraz była jego zjawiskowa Leonika? Hipolit czuł wielki niepokój.

Ruchomymi schodami wyjechał na powierzchnię. Owionął go powiew rześkiego powietrza. I wtedy po raz pierwszy od czasu transferu na ustach Hipolita zawitał uśmiech. Co za ulga móc odetchnąć, naturalnym, prastarym powietrzem! To było niesamowite uczucie. Łykał tlen wielkimi haustami, tak jakby chciał napompować do syta swoje płuca. Obejrzał się dookoła. Stał pośrodku ruchliwego miasta z początku XXI wieku. Fantastyczne doznanie!

,,A więc tak to kiedyś wyglądało” – pomyślał i ruszył powoli przed siebie. Widok pędzących po asfaltowej drodze pojazdów na ropę wprawił Hipolita w stan radosnego podniecenia. Oto spełniały się jego marzenia. Mógł namacalnie dotknąć starego świata. Stres powoli ustępował miejsca narastającej fascynacji. Idąc wzdłuż elektrycznej trakcji tramwaju doszedł do zielonej budki przy moście. W nozdrzach poczuł nęcący zapach, który ostro podziałał na jego ślinotok. Na szybie widniał napis ,,HOT-DOG MAX 8 zł”. Podniecenie Hipolita sięgnęło zenitu. Oto stał przed punktem żywieniowym, który sprzedawał prehistoryczne dania. Sięgnął do kieszeni marynarki. Dobrze, że WP Co. wyposażyła go w specjalistyczny portfel wydruku. Wystarczyło tylko wpisać na ekranie dowolną datę, a portfel sam wydrukowywał obowiązujące w danym czasie banknoty. Gut wpisał dla bezpieczeństwa rok 2000 i wyciągnął podłużny papierek o nominale 100 złotych. Zakupił hot-doga max i pochłonął go w mig. Potem kupił jeszcze drugiego i trzeciego…

Te cudowne doznania kulinarne w nowym świecie natchnęły Hipolita myślą, aby korzystać z okazji i ruszyć na miasto w poszukiwaniu kolejnych smakowych przygód. Przede wszystkim jednak postanowił odnaleźć Hotel Bazar i tam ewentualnie poszukać swojej małżonki Leoniki.

Idąc przez miasto minął gmach Opery, który znał z historycznych przekazów. Naprzeciw znajdował się park z fontanną po środku. Postanowił podejść do starszej kobiety siedzącej na ławce pod wielkim drzewem. Poprosił ją o wskazanie drogi do Hotelu Bazar.

- Ależ pan szykownie wygląda. Mój ojciec też miał kiedyś taki garnitur – powiedziała na jego widok staruszka. – Urwał się pan z jakiegoś filmu, czy z teatru?

Gut nie bardzo zrozumiał, co kobieta miała na myśli, ale wolał nie wdawać się z nią w dyskusję. Uzyskawszy wskazówkę co do dalszego marszu postanowił po drodze nabyć jakiś współczesny strój, aby nie wyróżniać się za bardzo z tłumu. Znalezienie odpowiedniego punktu sprzedaży zajęło mu trochę czasu. Na szczęście trafił do miejsca, które nazywało się ,,Second Hand from London”, gdzie za cenę trzech hot-dogów nabył rzeczy na swoją miarę: niebieskie spodnie typu jeans, granatową koszulę i czarny zapinany na guziki lekki sweter.

Wkrótce dotarł do hotelu. Po krótkiej wymianie zdań z młodą recepcjonistką wynajął pokój. Zdziwił się jednak, że kwota, którą od niego zażądano była dziesięciokrotnie większa od ceny trzech hot-dogów. Na szczęście portfel bez sprzeciwu drukował kolejne papierowe banknoty. Hipolit obszedł cały budynek hotelowy w poszukiwaniu Leoniki, ale nie natrafił na żaden jej ślad. Na pocieszenie udał się do restauracji i zamówił obiad. Długo wpatrywał się w menu zanim zdecydował się na tatar z polędwicy wołowej, krem z pomidorów i to co go najbardziej zaintrygowało, czyli pół kaczki z pyzami w sosie maderowym. Na deser zamówił creme brulée.

            Najedzony czuł wielką błogość i zadowolenie. Choć trafił w niewłaściwy czas, to jednak jego marzenia spełniały się i to z nawiązką. Ostatnie doznania kulinarne były bodajże najwspanialszą rzeczą, jaką przeżył w swoim życiu. Mimo to, nie zamierzał pozostać tu na zawsze. Pragnął wrócić do siebie, do metropolii, nawet jeżeli nie miał już nigdy więcej wdychać tak rześkiego powietrza i smakować kruchutkiego kaczego mięsa w sosie maderowym. Instrukcja ratunkowa, którą próbował sobie teraz przypomnieć zakładała, że w razie jakiś problemów z transferem miał udać się do najstarszego budynku w mieście i tam oczekiwać na otwarcie kanałów czasowych. Specjaliści z WP Co. wyznaczyli dla niego i żony punkt ratunkowy w katedrze na Ostrowie Tumskim. Hipolit Gut po obfitym posiłku czuł się jednak na tyle ociężały, że przed wyruszeniem w dalszą drogę postanowił nieco odpocząć w wynajętym pokoju hotelowym. Choć początek jego przygody życia kosztował go dużo nerwów i stresu, to teraz nabierał więcej optymizmu. Wierzył, że wszystko się jeszcze dobrze ułoży. Specjaliści od transferu czasowego na pewno nie zostawią go w tych prymitywnych czasach, a Leonika też się w końcu odnajdzie. Gut leżał na łóżku i rozmyślał. Z tego myślenia zrodziła się senność i sam nawet nie wiedział w którym momencie zasnął.

            Obudził go tubalny odgłos trzasku. Zerwał się na nogi. Wokół panowała kompletna ciemność. Czuł jak zatykają się mu uszy wskutek wzrostu ciśnienia tętniczego. W głowie świszczało i miał wrażenie, że podłoga pod jego stopami wiruje. Nagle wszystko się skończyło. W pokoju zrobiło się jasno, ból głowy ustał, podłoga przestała wibrować. Hipolit rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie w którym się znajdował poza kubaturą w niczym nie przypominało pokoju w którym zasnął. Gołe, niepomalowane ściany, brak jakichkolwiek mebli, na podłodze rozpadające się drewniane klepki. Przestraszony otworzył drzwi i wybiegł na korytarz. Jednak i tu wszystko się pozmieniało. To, co jeszcze niedawno było wnętrzami eleganckiego hotelu, teraz wyglądało tak, jakby przeszła tędy trąba powietrzna. Odrapane ściany, żelazne rusztowania, gruz, sterty cegieł i desek. Schodami zbiegł na dół. Tam gdzie była recepcja siedział wąsaty grubas we flanelowej koszuli w kratkę. Trzymał w ustach podłużny, zaokrąglony przedmiot, który lekko się żarzył i z którego unosił się drażniący nozdrza dym. Mężczyzna spojrzał zdziwiony na Hipolita i odłożywszy żarzący rulonik na spodek pełen popiołu wykrzyknął:

- Hej gościu, co tu robisz? To teren budowy, nie wolno tu przebywać bez zezwolenia. Nawet nie chcę wiedzieć jak tu wszedłeś. Albo stąd natychmiast znikasz, albo wzywam milicję.

            Gut był w szoku. Nie bardzo wiedział, co się stało. Bąknął tylko ,,przepraszam” i wybiegł przez drzwi frontowe na zewnątrz. Także i tu wiele się zmieniło. Zaczął iść ulicą, którą wczoraj dotarł do hotelu. Z placu naprzeciw zniknęła przeszklona bryła fontanny. Budynki wokół były jakieś poszarzałe, zniszczone. Sam Bazar przysłonięty był rusztowaniem. Kształty pojazdów mechanicznych również się zmieniły. Były takie bardziej kanciaste i mało kolorowe. Przechodnie, którzy go mijali również byli ubrani nieco inaczej. Hipolit zaczął podejrzewać, że ów trzask, który go wybudził mógł oznaczać, że znów został przerzucony w czasie. Czyżby WP Co. podjęła próbę ściągnięcia go do właściwego wymiaru czasu? Tylko dlaczego ta próba się nie powiodła i do jakiego wymiaru został przerzucony? Na placu stała budka w której sprzedawano papierowe niusy, czyli starożytne gazety. Sięgnął do portfela po ostatni banknot 10-cio złotowy jaki mu został i podał siedzącej w budce kobiecie.

- Po…proszę gazetę – wyjąkał. Kobieta chwyciła banknot i zaczęła oglądać go pod światło.

- Panie, co to za wygłupy! Chcesz mi pan wcisnąć fałszywe pieniądze z paczki andrutów, czy co? Ślepa nie jestem.

- Przepraszam, ale jestem… jakby z innego świata – wydukał Hipolit. – Pomyliłem banknoty. Ile kosztuje gazeta?

- Aaa… Pan dewizowiec, co? Chodzi panu o tą nową gazetę solidarnościową? Pewnie dawno pana w kraju nie było, a tu takie zmiany. – Kobieta położyła mu pod nosem gęsto zadrukowany czarnymi czcionkami arkusz miękkiego papieru i mrugnęła porozumiewawczo. – ,,Wyborcza” jest po 400 złotych.

Gut zerknął na datę wydrukowaną pod tytułem gazety: 21 czerwca 1989 r. Poczuł bolesne ukłucie w okolicach serca. Z XXI wieku trafił do wieku XX. Zatem cofa się w czasie. Wydrukował z portfela odpowiednie banknoty i podał kioskarce. Z konsternacją stwierdził, że za gazetę zapłacił więcej niż za wczorajszy nocleg w hotelu. Dziwne czasy… Mimo wszystko jednak coś w jego sytuacji się zmieniało. Jest zatem nadzieja, że kolejny przeskok pozwoli mu wrócić do swoich czasów. Do Bazaru nie mógł już wejść. Hotel był w remoncie. Musiał więc dostać się do katedry i tam czekać na transfer ratunkowy. Tymczasem poczuł ssanie w żołądku. Hipolit uznał, że skoro i tak już utknął w kolejnej epoce, to warto by było skosztować tu coś dobrego.

            Szedł przed siebie i rozglądał się bacznie dookoła za jakimś czynnym o poranku punktem żywieniowym. Trudno było jednak coś wypatrzeć. Ulice zmieniły wygląd. W pewnym momencie zauważył trójkę młodych ludzi, którzy mówili między sobą coś o jedzeniu. Podążył dyskretnie za nimi i wkrótce stanął przed wielkim napisem ,,Bar Mleczny Pod Arkadami”. Z lokalu wydobywał się ostry zapach, choć już nie tak przyjemny, ani nie tak nęcący jak z restauracji w Bazarze. Wszedł do środka i trafił na spory tłum ludzi, którzy w pośpiechu spożywali mało wyszukane potrawy. Ustawił się w kolejce do kasy, tuż za młodymi ludźmi. Postanowił zamówić ,,danie dnia”, czyli zupę pomidorową z ryżem i leniwe z masłem. Posiłek otrzymał natychmiast po zamówieniu. Wyszukał wolne krzesło przy stoliku i dosiadł się do osób spożywających jedzenie w milczeniu. Zupa była mocno przesolona, a leniwe okazały się być lepką masą usmażoną zapewne z mąki. Polanie tej masy roztopionym tłuszczem zdaniem Guta było mało dietetyczne, ale uatrakcyjniało je smakowo. Sposób serwowania dań był nieelegancki, a sam lokal robił przygnębiające wrażenie. Jednak pełen żołądek wprowadził Hipolita w stan samozadowolenia i wzbudził w nim chęć do dalszego działania. Poprosił swoich sąsiadów ze stolika o wskazanie drogi do katedry i wkrótce ruszył w dalszą drogę.

            Po dziesięciu minutach dotarł do mostu nad Wartą. Trudno mu było uwierzyć ile  dzikiej przestrzeni roztaczało się wokół rzeki. W jego czasach Warta była zabudowanym, podziemnym ciekiem wodnym. Po drugiej stronie rzeki prężyły się ku niebu wysmukłe wieże średniowiecznej katedry. Hipolit skierował żwawo swe kroki ku świątyni. Główne drzwi były zamknięte, ale zauważył, że jakaś kobieta weszła do środka przez boczne wejście z prawej strony. Wszedł za nią. To co ujrzał zaskoczyło go kompletnie. Nigdy w życiu nie przebywał w tak przestronnym pomieszczeniu. Nabożna cisza panująca wokół sprawiła, że przysiadł na brzegu drewnianej ławki. To było coś jak sala muzeum, tyle tylko, że bez hologramowych projekcji. Urzeczony wpatrywał się w pozłacane rzeźby na ołtarzu. Nie zauważył, że kobieta siedząca po drugiej stronie świątyni przypatrywała mu się intensywnie od dłuższego czasu. W pewnym momencie wstała i podeszła do niego od tyłu.

- Hipolit, to naprawdę ty?

Gut usłyszawszy szept obejrzał się za siebie. W niebieskim płaszczu z kreszu i w czarnym berecie na głowie stała przed nim jego żona Leonika. Spod przyciemnianych okularów patrzyła na niego piorunującym spojrzeniem.

- Leonia! Wiedziałem, że się odnajdziemy! – Krzyknął i rzucił się objąć małżonkę. Leonika jednak próbowała wyrwać się z jego uścisku.

- Mam nadzieję, że masz pomysł jak wrócić do naszych czasów. Cholernie mi się tu nie podoba – syknęła. – Utknęłam nie w tych czasach, które były zaplanowane. Dobrze, że chociaż mogłam kupić jakieś pasujące do tej epoki ciuchy. Ładną niespodziankę mi zafundowałeś.

- Tak wiem, kochana, przepraszam. Obiecuję, wydostaniemy się stąd. Chyba już próbują nas ściągnąć do naszych czasów. Musimy tylko poczekać na transfer ratunkowy.      

Ich rozmowa wzbudziła zainteresowanie kilku osób siedzących w kościelnych ławkach.

- Chodź, wyjdźmy z tego miejsca, porozmawiajmy na zewnątrz – szepnął Hipolit i ruszył przed siebie. Leonika posłusznie podążyła za nim.

            W momencie kiedy otwierał żelazne drzwi jasny blask słońca poraził go w oczy. Usłyszał głuche kliknięcie i poczuł mocny ucisk głowy. Próbował odwrócić się i chwycić Leonikę za rękę, ale nie mógł zrobić najmniejszego ruchu. Dopiero gdy ziemia pod stopami przestała wirować zorientował się, że jest już na placu przed katedrą. Otaczał go tłum ludzi. Niesamowity ścisk. Człowiek przy człowieku. Mężczyźni przeważnie w szarych płaszczach spod których wystawały białe koszule i cienkie czarne krawaty. Kobiety również w płaszczach i w beretach albo w śmiesznych stożkowych kapeluszach na głowie. Wejście do katedry było zaledwie kilka metrów od niego, ale przeciśnięcie się w jego kierunku wydawało się niemożliwe. Mimo to podjął desperacką próbę przedarcia się.

- Panie szanowny, gdzie się pan tak pchasz? – zawołał do niego wysoki mężczyzna.

- Każdy z nas chce zobaczyć prymasa Wyszyńskiego, ale przepychanie nic panu nie da – odparła kobieta, która stała tuż obok.

- Ale tam moja żona w środku została – jęknął Hipolit.

 - Nie pleć pan głupot. Katedra zamknięta. Tam nikogo nie ma. Zaraz msza na placu się skończy i ludzie się rozejdą. Stój pan spokojnie. Takie wydarzenie zdarza się raz na tysiąc lat. Chwilę możesz pan poczekać.

- O czym pani mówi? – spytał zdziwiony Hipolit.

- Patrzcie no, z choinki się urwał, czy co? – kobieta obrzuciła go badawczym spojrzeniem.          – Przecież to obchody tysiąclecia chrztu Polski. Dziwny pan jesteś.

- A może to tajniak z UB-e? – dodał wysoki mężczyzna. Kilka osób spojrzało na niego groźnie.

- Ja zza granicy – bąknął Gut i zaczął wycofywać się do tyłu.

            Szybko przypomniał sobie daty z historii i zorientował się, że znalazł się zapewne w 1966 roku. Znów cofa się w czasie. Niedobrze. Leoniki nie było, więc musiała zostać w poprzednim wymiarze czasowym. Widocznie ich transfery nie odbywają się równolegle. Czekał cierpliwie aż tłum spod katedry zaczął rozchodzić się w stronę miasta. Ludzie spoglądali na niego ze zdziwieniem. Swoim strojem znów nie pasował do otoczenia. Był za bardzo kolorowy. Postanowił przy najbliższej okazji nabyć szary prochowiec. Tymczasem przemieszczał się wraz z tłumem w stronę Starego Rynku. Widok miasta robił na nim przygnębiające wrażenie. Mijane kamienice, były odrapane, w większej części nieotynkowane. Mechanicznych pojazdów było zdecydowanie mniej niż w poprzedniej epoce. Parokrotnie mijał drewniane wozy ciągnięte przez konie. Były one wyładowane czarnymi bryłami, jakby kawałkami odrąbanej skały. Nie bardzo wiedział co to mogło być.

            Ulicą Marcinkowskiego dotarł do Placu Wolności i z wielką ulgą odkrył, że Hotel Bazar nie jest w remoncie, lecz wręcz przeciwnie, stoi otworem dla gości. Zmienił się tylko napis  informujący, że hotel należy do ,,Orbisu”. Cokolwiek to nie znaczyło, dla Hipolita Guta ważne było, że mógł tam przenocować. Jednak z wynajęciem pokoju nie było już tak łatwo. Mężczyzna siedzący w recepcji zażądał od niego dowodu osobistego i powiedział, że jest to hotel tylko dla gości targowych. Tym razem strój Hipolita chyba odegrał ważną rolę, bo recepcjonista mierząc go od stóp do głowy mrugnął znacząco i szepnął na stronie:

- Za parę zielonych, mogę coś panu załatwić bez meldunku.

Gut nie zrozumiał o co chodzi z tymi ,,zielonymi”. Dopiero jak mężczyzna półgębkiem wypowiedział słowo ,,dolary” mógł ze swego portfela wydobyć odpowiednią walutę. Wyciągnął jeszcze dodatkowo banknot 10-cio dolarowy i powiedział:

- Zapłacę ekstra, jak mi pan załatwi taki zwyczajny męski płaszcz.

Recepcjoniście zabłysły oczy tak wielką radością, jakby dostał prezent życia. Zniknął za drzwiami i po chwili wrócił z szarym prochowcem na ręku.

- Weź pan mój, całkiem dobry, niezniszczony. Może coś jeszcze mogę zrobić dla szanownego pana?

- A tak – Gut miał jeszcze jedno pragnienie. – Gdzie tu można się porządnie najeść?

- Niech pan idzie do ,,Krakusa” przy ulicy Kantaka. To pięć minut stąd. Dają tam pyszną grochówkę i prima golonkę. A do tego ,,setka” wódeczki.    

            Hipolit podziękował. Zabrał klucz od pokoju, nałożył płaszcz i ruszył w kierunku restauracji. Zupa z grochu była gęsta i zawierała kawałki gotowanego ziemniaka, a potrawa zwana golonką okazała się być sporym kawałkiem świńskiej nogi. Tłuste mięso podane było wraz z kością. Hipolit jeszcze nigdy czegoś takiego nie jadł. W trawieniu owego dziwnego dania pomogło mu kilka kieliszków ,,setki”, czyli mocnego napoju alkoholowego. Choć jedzenie nie bardzo mu smakowało, to alkohol działający rozluźniająco wprawił go w całkiem dobry humor.

            Zaspokoiwszy z nawiązką potrzeby żywieniowe Gut postanowił wrócić do hotelu. Była noc, a ulicę oświetlały wielkie mrugające świetlne reklamy. Największa z nich przedstawiała palmę po której wspinały się dwie małpki. Tuż za nią mrugał wielki motyl. Nie były to ekrany, tylko prymitywne świecące rurki. Przypomniał sobie, że coś takiego w prehistorii nazywało się neonami. Kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że mrugające małpki śmieją się z niego. Zmęczony dotarł do hotelu i zamknął się w pokoju. Nie było to już tak luksusowe miejsce w jakim spędził poprzednią noc. Nie przejmował się tym zbytnio. Chciał zasnąć jak najszybciej w oczekiwaniu na kolejny transfer czasowy. Postanowił, że rano wróci do katedry, by znów odnaleźć Leonikę.

            O dziwo rano obudził się w tym samym miejscu, w tej samej scenerii. Nic się nie zmieniło. Nie było żadnego kliku, wirowania ziemi. Owszem czuł dziwny ucisk głowy, ale był on raczej spowodowany wczorajszym raczeniem się ,,setkami” niż zapowiedzią transferu. Zszedł na dół. Przy portierni spotkał znajomego mężczyznę.

- Widzę, że nieźle pan wczoraj zabalował – uśmiechnął się szelmowsko. – Polecam dziś na śniadanie w naszej restauracji jajeczniczkę i maślankę do popicia. Od razu pan wydobrzeje.

Hipolit skorzystał z propozycji i postanowił zacząć dzień od skosztowania kolejnego prehistorycznego posiłku. Tłusty napój mleczny zwany maślanką rzeczywiście miał lecznicze właściwości, a danie ze smażonych jajek zaspokoiło głód. Przestała go boleć głowa i zniknęło drażliwe uczucie suchości w gardle. Bezzwłocznie po śniadaniu Gut ruszył do katedry.   

            W świątyni panowała senna atmosfera. Jakaś grupka szkolnej młodzieży była oprowadzana przez przewodniczkę. Hipolit dołączył się do niech i zwiedził wszystkie zakamarki kościoła, łącznie z podziemiami. Leoniki nigdzie nie było. Postanowił więc czekać w ławce na kolejny transfer. Czekał cierpliwie kilka godzin. Dopiero kiedy zorientował się, że w kościele gromadzi się większa grupa osób i że za chwilę zacznie się nabożeństwo postanowił wrócić do hotelu.

            W momencie gdy przekraczał próg wyjściowy usłyszał znajomy klik. Tym razem jednak zamiast dźwięczącej ciszy usłyszał potężny huk, a ściany wokół niego zadrżały. Huk nie ustawał, ziemia i mury trzęsły się jakby wszystko za chwilę miało runąć bezpośrednio na niego. Hipolit poczuł przenikliwe zimno. Chyba zmieniła się pora roku na zimową. Wokół niego wszędzie był śnieg. Nie miał jednak czasu na głębszą analizę zjawisk pogodowych. Nad jego głową wybuchały pociski, z daleka słyszał strzały z broni palnej. Wystraszony biegł przed siebie szukając schronienia za usypanym po drugiej stronie ulicy ziemnym nasypem. Wskoczył do rowu i momentalnie wpadł na jakiegoś umorusanego mężczyznę w brudnym ciężkim płaszczu przepasanym sznurkiem i z czapką uszatką na głowie. Na czapce błyszczała niczym kropla krwi czerwona gwiazdka. Człowiek ów wycelował w niego karabin i krzyknął:

- A ty kto? Giermaniec?

- Jestem Polakiem! – Gut w przestrachu podniósł ręce do góry.

- Poljak? – zaśmiał się żołnierz i opuścił broń. – Szto ty tu diełajesz? Uchodij! Tu strielaju!

            Hipolit zrozumiał jedynie dwie rzeczy. Stoi przed nim sowiecki żołnierz i karze mu się stąd wynosić. Nie czekając na dalszą zachętę skulony, chowając się przed ostrzałem, pobiegł w stronę Warty. Dopiero gdy upewnił się, że nic mu się nie zwali na głowę spojrzał w stronę katedry. Pozbawiona wież budowla płonęła. Nie mógł zrozumieć co się dzieje i w jakim czasie się znalazł? Wiedział jedno. Cieniutki płaszczyk nie chronił go przed przenikliwym zimnem. Patrzył teraz przez Wartę na Stare Miasto. Budynki płonęły. Most którym niedawno szedł do katedry zniknął. Na jego miejscu pojawiły się za to poszarpane ściany osmalonych kamienic, których wcześniej tu nie było. Wbiegł między domy rozglądając się za ludźmi. Ulice były jednak puste. Musiał przedostać się do Bazaru. W katedrze nie miał już czego szukać. Przebiegał od bramy do bramy uważając na ostrzał. Co jakiś czas widział przemykających w oddali rosyjskich żołnierzy. Na wszelki wypadek unikał z nimi kontaktu. Widok zniszczonych zabytkowych kamienic na Starym Rynku przyprawił go o dreszcze. Czuł zimno i wiedział, że na ciepły posiłek dziś nie ma co liczyć. Miasto przez które w ciągu ostatnich dni przemieszczał się w czasie na jego oczach coraz bardziej ubożało, upadało, by ostatecznie zamienić się w kupę ceglanych ruin. Każdy jego kolejny transfer czasowy skazywał go na coraz gorsze i trudniejsze warunki. Czyżby miał się stąd już nigdy nie wydostać? Czy może zakończyć życie w obcym mu wymiarze czasu?

            Przebycie odległości kilometra wśród palących ruin i nieustającego ostrzału artyleryjskiego zajęło Gutowi sporo czasu. Gdy wieczorem znalazł się wreszcie w pobliżu Bazaru zamarł z przerażenia. Budynek hotelu w większej części był spalony. Zachował się jedynie parter i piwnice. Hipolit wbiegł przez zniszczoną bramę na podwórze. Jedno z piwnicznych okien było na tyle rozwalone, że mógł się przez nie przecisnąć do wnętrza. Zniknął w piwnicznej ciemności. Nadal było mu niewiarygodnie zimno, ale to prymitywne schronienie przynajmniej dawało poczucie jakiegoś minimum bezpieczeństwa. Wyczuł, że nie jest sam. Ktoś ruszył się w kącie. Blask światła skierowany prosto na twarz oślepił go na moment. Wtedy to właśnie usłyszał zaskakujące pytanie:

- Pan Hipolit Gut? To pan?

Mężczyzna w uniformie z jego epoki opuścił latarkę. Nie czekając na odpowiedź okrył go grubym kocem i chwycił za rękę. Przyłożony do nadgarstka skaner wyświetlił natychmiast wszystkie dane o jego stanie zdrowotnym.

- Wiedziałem, że w końcu się pan tu zjawi. Czekam na pana cały dzień. Jestem Stif, agent techniczny z WP Corporation. Zostałem wysłany, aby pana odnaleźć. Proszę się nie martwić. Nie długo wróci pan do domu.

- Co za ulga – westchnął Hipolit i niemalże się rozpłakał. – Traciłem już wszelką nadzieję. 

- Nie ma powodu do niepokoju. Cały czas staramy się kontrolować sytuację. Trochę się nam pan wymknął i zagubił w czasie, ale proszę w końcu pana odnaleźliśmy w roku 1945.

- Nie rozumiem, co takiego się stało? Dlaczego nie mogę wrócić do siebie, tylko stale się cofam w historii tego miasta? – Hipolitowi puściły nerwy i zaczął łkać. Agent Stif odsunął się dyskretnie na bok i odczekał chwilę aż Gut się uspokoi.

- Cóż, mieliśmy małe kłopoty techniczne podczas transferu czasowego. Okazuje się, że jeszcze nie do końca panujemy nad tym zjawiskiem. Czas ma tą właściwość, że jest procesem liniowym zmierzającym nieustannie w kierunku do przodu. Przypadek pana i żony można zakwalifikować do bliżej nam nie znanych anomalii zwanych antyczasem. Anomalia ta polega na tym, że czas biegnie w odwrotnym kierunku, czyli z naszego punktu widzenia cofa się. Cofa się zatem wszystko, historia, rozwój, postęp…

- Aaa, rozumiem. To dlatego miasto wciąż zmieniało swój wygląd na coraz gorszy, aż do tego tragicznego obrazu ruin, które oglądam dzisiaj – zamyślił się Hipolit.

- Był pan świadkiem antyrozwoju pańskiej metropolii. Przykro mi, że naraziliśmy pana na taki dyskomfort sytuacyjny. Jednak nie mogliśmy dotychczas pana i żony ściągnąć z powrotem do siebie. Przy każdej kolejnej próbie transferu ulegaliście przemieszczeniu wstecznemu. Na szczęście nasi technicy znaleźli sposób na wyhamowanie tego procesu. Zostałem wysłany, aby pana odnaleźć i pomóc w powrocie. Dobrze, że wrócił pan w miejsce pierwotnie zakładanego transferu. Proszę się przygotować. Musimy jeszcze trochę poczekać. Za parę godzin przejdzie pan przez kolejny transfer i znajdzie się w maju 1925 roku, tak jak  było to określone w umowie. Spotka się pan wtedy z żoną, udacie się na zaplanowaną w kontrakcie kolację do restauracji w Hotelu Bazar, po której wrócicie do naszych czasów. Ja już nie będę państwu towarzyszył, ale dacie sobie na pewno radę. Niech mi pan wierzy, wszystko jest już pod naszą kontrolą.

- Zobaczymy – szepnął Hipolit. – Niech tylko zabierze mnie pan z tych okropnych wojennych czasów.

- To wszystko minie jak zły sen. Proszę odpoczywać. Przed panem jutro wspaniały dzień.

            Hipolit uznał, że to najlepsza rzecz jaką może teraz zrobić. Odpocząć i czekać cierpliwie. Nie zadawał już agentowi żadnych pytań. Skulił się w kącie piwnicy i zamknął oczy. Choć odczuwał głód, to najważniejsze, że było mu nareszcie ciepło. W końcu zasnął. Przez sen czuł małe trzęsienie ziemi i ból głowy. Nie miał jednak siły i odwagi otworzyć oczu. Chciał spać.     

            Obudził się w pościelonym, czystym łóżku. W pierwszej chwili myślał, że śni. Pokój w którym się znajdował był czysty, ładnie umeblowany. Nie było już słychać żadnych wybuchów, strzałów. Za oknem ostrym blaskiem świeciło słońce, słychać było uliczny gwar. Przewrócił się na bok i ujrzał stojącą we drzwiach własną żonę Leonikę.

- Lonieczka, to ty?

- No, nareszcie raczyłeś się zjawić – powitała go pretensjonalnym tonem żona. – Nudzę się tu w tym beznadziejnym miejscu cały dzień. Agent powiedział mi, że muszę zaczekać na twoje pojawienie się. Nareszcie będziemy mogli wrócić do domu. Proszę cię nie organizuj mi już nigdy więcej tak egzotycznych wycieczek. Po prostu kup jak normalny człowiek dwa bilety na rejs dookoła księżyca i nie kombinuj.

- Tak, ja też za tobą tęskniłem – odparł Gut i obrócił się z powrotem w stronę okna.

            Godzinę później Hipolit odświeżony długą kąpielą w wannie, ubrany w brązowy garnitur w prążki, który czekał na niego w szafie, w towarzystwie żony wystrojonej w kremowy żakiet i czarną spódniczkę do kolan schodził schodami wyłożonymi czerwonym miękkim dywanem do sali restauracyjnej Hotelu Bazar. Czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd. Przeżył właśnie niesamowitą przygodę życia, a jej zwieńczeniem miała być wspaniała uczta kolacyjna. Marzył wręcz o smaku dobrze wypieczonej kaczki podawanej z pyzami. Ostatni wspaniały posiłek przed powrotem do domu. Szedł z Leoniką pod rękę. Wyczuwał już  smakowite zapachy unoszące się z restauracyjnej kuchni.

            W momencie gdy przekraczali próg sali usłyszał głuchy klik. W ułamku sekundy zrozumiał co za chwilę nastąpi. ,,I przepadnie mi tak wspaniała kaczka” – zdążył pomyśleć zanim porwał ich ostatni transfer czasowy.    

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie

 

Chrzest jak malowany (scenariusz słuchowiska radiowego)

12 lut

Chrzest jak malowany

Występują: Dziadek, Wojtek, Bożydar, Leszko, Święty Wojciech, Sprzedawca, Strażnik

Akcja słuchowiska dzieje się współcześnie na Ostrowie Lednickim.

 

Odgłos powolnej jazdy samochodem. Ściszona muzyka z radia samochodowego.

WOJTEK: Dziadku nudzi mi się. Długo jeszcze będziemy jechać? Robi się późno, a obiecałeś mi dziś pokazać prawdziwych wojów.

DZIADEK (łagodnym głosem, lekko się uśmiechając): Spokojnie Wojtku, już dojeżdżamy.    O widzisz tam przed nami te wysokie mury obronne i drewnianą bramę. Jesteśmy już na miejscu.

WOJTEK: Wow! A kupisz mi miecz i tarczę? Chcę być wojem z drużyny Mieszka.

DZIADEK (śmiejąc się): Spokojnie! Jak będą stoiska z mieczami dla dzieci to ci kupię. Obiecuję. Na prawdziwy miecz raczej nie byłoby mnie stać. Pokażę ci za to inne ciekawe rzeczy. Zobaczysz, że warto było się ze mną wybrać na przejażdżkę.

 Samochód zatrzymuje się, gaśnie silnik. Dziadek i Wojtek wysiadają. Trzask zamykania drzwi samochodowych.

DZIADEK:  Jesteś gotowy Wojtku? To idziemy. Popatrz na bramę i przeczytaj ten duży napis obok.

WOJTEK (pomału sylabizuje):  Muze..um Pier…wszych Pia..stów na Led…ni…cy. Czyli to tu mieszkali pierwsi Piaści, dziadku?

DZIADEK: Piastowie Wojtku, mówi się Piastowie. Dziś to tylko muzeum, ale w pradawnych czasach stał tu na wyspie potężny gród książęcy, zapewne równy wielkością i rangą grodowi w Gnieźnie i Poznaniu. Otoczony wodami jeziora lednickiego był dobrze ufortyfikowany i zapewniał bezpieczeństwo swoim mieszkańcom. Przebywał w nim zapewne Mieszko Pierwszy, który pochodził z rodu Piastów. Mieszko to najstarszy znany nam z kronik władca Polski. Od czasu jak przyjął chrzest w 966 roku, czyli tysiąc pięćdziesiąt lat temu, rozpoczyna się historia naszej państwowości. Archeolodzy odnaleźli na wyspie ślady baptysterium, czyli miejsca, gdzie mogły odbywać się książęce chrzciny lub chrzciny jego poddanych. Wkrótce dowiesz się co nieco więcej o Mieszku i o tym jak on i lud którym władał przyjmowali wiarę chrześcijańską. Chcę ci pokazać coś niezwykłego… Chodźmy, za chwilę spotkamy się z moim dawnym znajomym. Chociaż robi się już późno, myślę, że przyjechaliśmy o dobrej porze. Mój znajomy ma na imię Bożydar i właśnie kończy pracę.

Odgłos kroków na żwirowej alejce.

STRAŻNIK: Przykro mi, ale za pół godziny zamykamy muzeum dla zwiedzających. Dziś już nie dostanie się pan na wyspę. Prom już nie kursuje. Zapraszamy jutro.

DZIADEK:  Ale my nie jesteśmy zwykłymi turystami. Nie będziemy się dziś przeprawiać na wyspę. Przyjechaliśmy w odwiedziny do pana Bożydara. Mamy jego osobiste zaproszenie na dzisiejszy wieczór.

STRAŻNIK: A to pan, z wnukiem. Tak wiem, pan Bożydar uprzedzał, że będzie miał dziś pod wieczór gości. Zapraszam wobec tego do środka. Nasz artysta  powinien być przy swoim stoisku, albo w pracowni. Pewnie przyszliście zobaczyć jego dzieło. A jest na co popatrzeć. Kierujcie się na prawą stronę i idźcie wzdłuż muru. Miłego wieczoru.

DZIADEK:  Dziękujemy. Idziemy Wojtek. Widzisz, mamy specjalną przepustkę.

 

Chwilę później. W tle dobiega gwar towarzyszący jarmarkowi. Muzyka średniowiecznych grajków. Ktoś gra na piszczałkach. Bliżej słychać melodyjny świergot jaki wydaje gliniany kogutek.

DZIADEK:  O, widzisz Wojtku, to gliniany kogutek. Za czasów mojej młodości sprzedawano takie na jarmarkach i odpustach parafialnych. Chcesz takiego na pamiątkę?

WOJTEK: Wolałbym miecz i tarczę, albo chociaż hełm rycerski. O, taki jak ten!

DZIADEK: To akurat szyszak mieszkowego woja.

SPRZEDAWCA: Szyszak to współczesna nazwa. W dawnych czasach zwano go szłomem.

WOJTEK: Dziadku, ja nie chcę jakiegoś złomu, tylko hełm rycerski.

Śmiech sprzedawcy

SPRZEDAWCA: Szłom chłopcze, tak zwano nakrycie głowy tutejszych wojów. Archeolodzy wykopali takie w Gieczu i w Gnieźnie. Dzięki temu wiemy dziś jak wyglądały i możemy stworzyć wierne kopie. Podejdź młodzieńcze i przymierz! No zobacz, pasuje akurat na twoją głowę. O, jeszcze drewniany miecz do kompletu. Proszę bardzo, prawdziwy z ciebie mieszkowy wojownik.

WOJTEK: Dziadku, zobacz jak wyglądam. Superancko, nieprawdaż! Kup mi, proszę, proszę, proszę!

DZIADEK: No dobrze, dobrze już. Skoro ci obiecałem… Proszę podliczyć, biorę i miecz i to gustowne nakrycie głowy.

Słychać szelest wydruku z kasy fiskalnej i brzęk monet przy otwarciu szuflady.

WOJTEK: Dziękuję dziadku, jesteś najlepszym dziadkiem na świecie! Pokażę chłopakom            z podwórka, ale będą mi zazdrościć. Ciach, ciach…

Wojtek wymachuje mieczem w powietrzu.

SPRZEDAWCA: Szkoda, że przybył pan z wnukiem tak późno. Dziś z okazji święta kupały było na Lednicy wiele atrakcji. Były nawet walki wojów.

DZIADEK: Może rzeczywiście szkoda, ale my przyjechaliśmy tu podglądnąć pracę mojego kolegi Bożydara.

SPRZEDAWCA: Aaa… Nasz słynny malarz. My tu na niego mówimy Duży Matejko. Słyszałem, że wkrótce będzie można podziwiać w całości jego wielkie dzieło. Ma stoisko na końcu alejki. O, tam!

DZIADEK: Dziękuję, widzę już Bożydara. O, nawet kiwa do nas. Wojtku, idziemy!

Odgłos przyśpieszonych kroków. Nadal w tle słychać muzykę średniowiecznych grajków.

BOŻYDAR (serdecznie, z uśmiechem): Witaj drogi Stanisławie, tak dawno się nie widzieliśmy. Cieszę się, że zadzwoniłeś do mnie i zechciałeś mnie w końcu odwiedzić.            O, co ja widzę. Ten dzielny wojak to zapewne twój wnuk o którym mi napomknąłeś.

DZIADEK: Dobrze cię widzieć mój kochany Bożyku. Rzeczywiście sporo wody upłynęło w Warcie od naszego ostatniego spotkania. Pozwól, że ci przedstawię mojego najstarszego wnuka – Wojtka. W tym roku kończy drugą klasę. Dziś zabrałem go ze sobą na małą lekcję historii. A tu wszędzie trąbią o twoim wielkim dziele, które malujesz. Mam nadzieję, że nam je dziś pokażesz. Wojtku, przywitaj się z panem Bożydarem. Masz niepowtarzalną okazję uścisnąć dłoń  prawdziwego artysty – malarza. Wkrótce będzie o nim głośno w całej Polsce.

WOJTEK (cichym głosem): Dzień dobry.

BOŻYDAR: Witaj chłopcze. Widzę, że interesują cię militaria. To i pewnie historia tego miejsca cię zaciekawi. Chciałbyś ją poczuć tak namacalnie? Proszę bardzo, będziesz miał okazję. Chodźcie kochani, zapraszam was do mojej pracowni. Tylko jeszcze pozbieram moje prace ze stoiska. Jak widzicie próbuję czasami sprzedać to i owo, ale dziś popyt na sztukę jest raczej mizerny. Pewnie niedługo będę się musiał przerzucić na sprzedaż popcornu (śmiech). Pomóżcie mi kochani poprzenosić obrazy i sztalugi. O, tam do tego dużego budynku przy murze obronnym. Pokażę wam moją pracownię i dzieło nad którym obecnie pracuję. Wojtku, jak cię mogę prosić, ostrożnie zdejmuj obrazy ze sztalugi. Weź te dwa mniejsze, a ja ze Staszkiem przeniosę resztę.

WOJTEK: Czy to te proszę pana? Te z widokiem jeziora? Ja najbardziej lubię takie obrazy na których są jakieś bitwy, rycerze na koniach.

DZIADEK: Ostrożnie Wojtku, nieś je bardzo ostrożnie.

BOŻYDAR: Rycerzy też maluję. Rycerzy, wojów. Zaraz ci coś pokażę, coś co powinno cię zainteresować.

Słychać narastający szum wiatru.

DZIADEK: Oho, pogoda zaczyna nam się zmieniać. Spójrzcie na niebo. Pędzą na nas ciemne chmury. Co za podmuch wiatru.

BOŻYDAR (przekrzykując szum wiatru): Szybko, przenieśmy obrazy do pracowni za nim wiatr wywiej mi je do jeziora. Coś mi się zdaje, że dzisiejszy dzień skończy się ulewą.

 

Chwilę później we wnętrzu budynku. Słychać zamykanie drzwi wejściowych. Szum wiatru milknie. Odgłosy kroków na drewnianej podłodze.

WOJTEK: Proszę pana, czy tu mogę je położyć?

BOŻYDAR: Tak, postawicie obrazy tu przy ścianie w korytarzu. Wejdźcie dalej do pracowni.

Skrzypnięcie otwieranych drzwi. Pstryk włącznika światła.

BOŻYDAR: Witajcie w królestwie mojej artystycznej pracy. Zaczekajcie, włączę jeszcze reflektory, żebyście mieli pełny ogląd.

Odgłos włączanych reflektorów.

WOJTEK (pełnym zachwytu głosem): O rany! Ale wielki obraz. Ja cię nie mogę! Co to takiego?

DZIADEK: No Bożyku, to rzeczywiście wielkie dzieło. Dosłownie wielkie. Moje pełne wyrazy uznania.

BOŻYDAR: To jest właśnie to, nad czym tak usilnie od kilku miesięcy pracuję.

WOJTEK: Dlaczego ten obraz jest aż tak duży?

BOŻYDAR: Moim zamysłem było namalowanie kopii obrazu Jana Matejki ,,Zaprowadzenia chrześcijaństwa”, ale w powiększeniu panoramicznym. Powiększenie obrazu jest mniej więcej czterokrotne. Ten obraz ma ponad trzy metry wysokości i prawie pięć metrów długości. Namalowane postaci z pierwszego planu mają wymiar jeden do jednego. Dlatego ich wizerunki są takie realistyczne.

DZIADEK: Wybrałeś sobie dobre miejsce na pracownię.

BOŻYDAR: Wiesz Staszku, długo szukałem odpowiedniego miejsca. A tu proszę, okazało się, że muzeum na Lednicy ma stary magazyn z którego już nie korzysta. To pomieszczenie idealnie pasowało pod moje potrzeby malarskie. Trochę się potargowałem dyrekcją i… Teraz to moja pracownia.

WOJTEK: Te wszystkie namalowane postacie wyglądają jak żywe.

BOŻYDAR (śmiech): Cieszę się, że tak to odbierasz. O to mi chodziło. Jak się obraz dobrze oświetli, to postacie wydają się, jakby były wykonane w technice 3D. I co ciekawe, można je oglądać bez specjalnych okularów (znowu śmiech). Ciekawe, co o moim dziele powiedziałby dziś sam Matejko. A wiesz Wojtku kim był Jan Matejko?

WOJTEK: Tak jak pan malarzem, tylko, że żył dawno temu. Namalował ,,Bitwę pod Grunwaldem”. Mówiliśmy kiedyś o tym w szkole.

BOŻYDAR: Masz rację. Był malarzem, który żył ponad sto lat temu. Malował wiele obrazów o tematyce historycznej. ,,Bitwa pod Grunwaldem”, to oczywiście jego najsłynniejsze dzieło. W 1889 roku namalował niewielki obraz ,,Zaprowadzenie chrześcijaństwa”. Teraz można go zobaczyć w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ja w związku z obchodami rocznicy chrztu Polski postanowiłem skopiować obraz, ale w powiększeniu, tak aby postaci na obrazie były naturalnej wielkości i w ten sposób bardziej wyraźne. Chciałem żeby obraz nabrał takiego przekazu emocjonalnego jak ma właśnie ,,Bitwa pod Grunwaldem”. Większy obraz, większa dynamika, bardziej czytelny przekaz, łatwiejszy odbiór. W zasadzie obraz jest już na ukończeniu. Zostały mi jeszcze tylko nieznaczne poprawki tła. Jak skończę malować to pomieszczenie to zamieni się w salę wystawową. Widzowie staną twarzą w twarz z przedstawionymi na obrazie postaciami: Mieszkiem, Dąbrówką, Świętym Wojciechem, biskupem Jordanem. Będzie to obraz panorama z jakimiś elementami scenograficznymi. Może nie taka jak ,,Panorama Racławicka”, ale ,,Bitwie pod Grunwaldem” już mogłaby dorównać. I co jakie wrażenia?

DZIADEK: Mi zaparło dech w piersiach. Niesamowite i takie realistyczne.

WOJTEK: Są i rycerze, po prawej stronie. Mają proporzec z białym orłem. Czy to nasi, Polacy?

BOŻYDAR: Tak, to drużyna mieszkowa. Prawdopodobnie, tak jak Mieszko są już ochrzczeni. Zobacz na tego wojaka, który przykuca i nożem rzeźbi znak krzyża na swojej tarczy. To według Matejki protoplasta słynnego rodu Starżów-Toporczyków.

WOJTEK: A przy wielkim krzyżu, ten z mieczem to król Mieszko Pierwszy?

BOŻYDAR: Tak to on, ale nie jest królem, tylko księciem. Polska nie była wówczas jeszcze królestwem. Mieszko nie ma korony, ale ozdobne nakrycie głowy, czepiec z wyhaftowanym krzyżem. Zobaczcie, ma też złoty krzyż na szyi. Ozdobny pas wysadzany drogimi kamieniami, płaszcz ozdobny. Ten strój oznacza, że był bogatym i potężnym władcą. Na obrazie widać jak bardzo jest przekonany do idei chrześcijaństwa. Jest dumny i pewny siebie. Prawą ręką trzyma opuszczony miecz, atrybut siły. Lewą nogą przydeptuje obalony posąg Światowida, pogańskiego bożka. Rękę wsparł na wielkim krzyżu. Zdaje się, że przemawia do dworzan, wojewodów i ich rodzin, którzy oczekując na przyjęcie chrztu. Ci zaś mają niezbyt pewne, a nawet wylęknione miny. Mieszko mówi do nich: krzyż jest teraz naszym znakiem, naszą siłą, nadzieją zwycięstwa. Teraz to nasza wiara, nasza tożsamość narodowa. Niesamowity przekaz. Czujecie to?

DZIADEK: Z pewnością powiększenie obrazu nadało mu większego dramatyzmu. Widać wyraźnie jak wiele się dzieje w tej jednej chwili. Ta scena rzeczywiście przemawia do mnie.

WOJTEK: Dziadku, czy obrazy mogą mówić?

BOŻYDAR: Dociekliwego masz wnuka Stanisławie. Oczywiście Wojtku, że obrazy mówią. Im dłużej się w nie będziesz wpatrywał, tym więcej rzeczy możesz usłyszeć.

DZIADEK: Opowiedz nam Bożyku więcej o tym obrazie, o tym co na nim się dzieje.

BOŻYDAR: Obraz w symboliczny sposób przedstawia zaprowadzenie chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Mieszko jak widać już jest ochrzczony. Jak wiemy, za namową swojej czeskiej żony Dobrawy zgodził się książę przyjąć chrzest w obrządku rzymskim i kazał ochrzcić cały swój dwór. Państwo, którym władał przestało być uważane za pogańskie. Dołączyło do rodziny państw chrześcijańskich uznających zwierzchność papieża. Na obrazie obrzędowi chrzcielnemu zostaje poddany jego brat Czcibór. To ten obnażony do połowy mężczyzna przyklękający przy chrzcielnicy. Głowę polewa mu wodą święconą sam święty Wojciech, a za nim z pastorałem stoi biskup gnieźnieński Jordan. To oczywiście symboliczny wyraz, gdyż w rzeczywistości święty Wojciech żył później niż Jordan – pierwszy gnieźnieński biskup. Wojciech przybył z Pragi na ziemie polskie dopiero za czasów Bolesława Chrobrego. Przy chrzcielnicy stoi też jego brat Radzym Gaudenty. To ten w habicie, który trzyma otwartą księgę i zapewne poucza cytatami z Pisma Świętego tych, co mają być za chwilę ochrzczeni. Obok niego w kapturze mnich Benedykt. Do chrztu szykują się dworzanie z otoczenia księcia Czcibora i ich rodziny. Mimo książęcego nakazu nie wszyscy z rodu Polan byli zadowoleni z tej religijnej przemiany. Zobaczcie po lewej stronie jest namalowany uzbrojony  rycerz, który jakby odgradza od chrzcielnicy wyraźnie niezadowolonych przedstawicieli możnych rodów. Ma inny strój niż wojowie Mieszka. Zapewne był Czechem i przybył jako świta księżniczki Dąbrówki, albo samego świętego Wojciecha. Ci niezadowoleni są bardziej w tle i wyglądają dość groźnie. Na szczęście większą uwagę przykuwa ta jasna postać kobieca przed nimi. W złotej szacie ze świecą w ręku klęczy właśnie księżniczka Dąbrówka. To postawa modlitwy, zawierzenia Bogu tej ważnej misji, jaką jest ochrzczenie pogańskiego narodu. Można rzec, że jej wizerunek łagodzi gniew możnych.

WOJTEK: Dąbrówka wygląda jak święta z obrazka

BOŻYDAR: Masz rację. Jasne kolory wybijają jej postać z tłumu. To specjalny zabieg artystyczny. A teraz spójrzcie na tło. Tam w oddali widać wyspę lednicką i wieżę zamkową, siedzibę książęcą. Nad wyspą krążą orły. I znów mamy wyraz symboliczny, bo zamek przypomina raczej późnośredniowieczne budowle, ale malarzowi w ten sposób łatwiej pokazać siedzibę władcy, niż malować grodziszcze, które niknęło by w gęstwinie drzew. Ważne, że mamy na obrazie wyraźne wskazanie historycznego miejsca, czyli wyspę lednicką. Dobrze się złożyło, że to właśnie tu w tym miejscu mogłem przystąpić do powiększenia dzieła Jana Matejki. To miejsce ma niesamowity klimat i sprawia, że świat na moim obrazie zaczyna żyć. Myślę, że właśnie to miejsce go ożywia.

WOJTEK: A ten bosy chłopiec, tu na samym przedzie, ten, którego mama trzyma za rękę. Dlaczego on płacze?

BOŻYDAR: Wygląda na twojego rówieśnika Wojtku. Trudno stwierdzić, czy on płacze, czy raczej wyrywa się matce spod ręki. Dzieje się tyle w tym jednym momencie, że chłopiec reaguje na to pewnym grymasem. Może znudził się całą uroczystością? Może chce dokądś uciec? Wygląda na niezłego urwisa. Jego postać jest na pierwszym planie i podkreśla dynamizm sceny. Zwróćcie uwagę, że właśnie na samym przedzie obrazu jest przedstawiona rodzina, chłopska rodzina, przedstawiciele ludu Polan.

DZIADEK: Czyli to nasi przodkowie.

BOŻYDAR: No właśnie, cenna uwaga Staszku. Oni obrazują jakby nasze współczesne cechy. Dziecko się wierci, jest zniecierpliwione. Matka spokojna, trzyma je mocno za rękę i jednocześnie patrzy na swego męża, który wygląda na niezdecydowanego. Żona jakby go przekonywała, że zmiany są konieczne i dobre. On drapie się po głowie, czyli ma wątpliwości. Obok nich siedzi na balach drewna dziad i rozpacza. To dudziarz, siedzący na zgliszczach zniszczonej świątyni pogańskiej. Rozpacza, bo żal mu starych czasów. Tak jak dziś nam, starym prykom, nieprawdaż Stachu?

DZIADEK: Mi tam żal młodości, a nie starych czasów. Mam wnuki i żyję teraz ich szczęściem.

Odgłosy uderzania kropel deszczu o dach

BOŻYDAR: Słuchajcie panowie, zdaje mi się, że na dworze zaczyna już padać. Staszku poproszę cię o szybką pomoc. Zaczekaj tu Wojtku, a ja z dziadkiem zwiniemy resztę straganu. Musimy go rozmontować. Jak wrócimy opowiem ci więcej o obrazie. Tylko niczego nie ruszaj. Dobrze.

WOJTEK: Dobrze, czy mogę usiąść na tym zabytkowym fotelu w rogu? Strasznie tu gorąco.

BOŻYDAR: To zapewne od reflektorów. Nic nie poradzę, pomieszczenie nie jest za wysokie i ma jedynie małe okna poddaszowe. Usiądź sobie wygodnie w fotelu. To dziwny mebel. Znalazłem go w tym magazynie, jak urządzałem sobie pracownie. To moja świątynia dumania. Na tym fotelu często rozmyślam o swoim dziele i wiesz co Wojtku? Różne niesamowite pomysły i przemyślenia przychodzą mi wówczas do głowy. Czasami zupełna abstrakcja. Niekiedy przysypiam i wtedy mam kolorowe, niezwykłe sny (śmiech).

DZIADEK: Poczekaj tu Wojtku, zaraz wracamy. Rzeczywiście zaczyna padać deszcz. Pójdę jeszcze do samochodu po kurtkę dla ciebie.

Odgłos oddalających się kroków, zamykanie drzwi.

Wojtek przechadza się po pracowni. Dziecięce kroki. Chłopiec  siada na fotelu i wzdycha.

WOJTEK: Mięciutki ten fotel. Chyba jakiś starodawny, bo ma takie złote ramy na oparciu i te kulki na końcu. Ciekawe czy da się nimi pokręcić?

Cichy zgrzyt przekręcanego metalu. Po chwili słychać narastający świst wiatru, taki jak był na zewnątrz.

WOJTEK (wystraszonym głosem): Co to? Co to jest? Skąd to zimno… Brrr! Czyżby okno się otworzyło? Ale gdzie? Dziadku! Halo jest tu ktoś?

Wiatr cichnie, ale pojawiają się głosy szumiącego lasu. Słychać świergot ptaków. Odgłosy ludzkiej mowy w oddali.

WOJTEK: Co to wszystko znaczy? Czy te głosy dochodzą z obrazu? Co to za sztuczki? Może ktoś włączył jakąś płytę. Halo!

LESZKO: Hej ty, skąd masz tak mały szłom? I ten mieczyk. Jesteś wojem?

WOJTEK (mocno wystraszony): Kto to powiedział? Kto tu jest?

LESZKO: Hej, patrzysz na mnie! Tu, prosto. Podejdź no bliżej, bo ja nie mogę się ruszyć ku tobie. Matula mnie trzyma za rękę. Czekaj ino! O, teraz. Mam już wolną rękę.

WOJTEK (podekscytowanym głosem): Niemożliwe! To ty, ten chłopiec z obrazu? Jejku! Ty się ruszasz! Ja nie mogę! Jak to się dzieje? To jakaś sztuczka? Nie, to się dzieje naprawdę. Przed chwilą zasłaniałeś ręką oczy. Teraz widzę twoją twarz. Patrzysz na mnie!

LESZKO: Psyt! Nie wyj tak głośno, bo strachasz wszystkich dookoła. Pewno, że patrzę na ciebie. Też mi sztuka. Co się dziwujesz? Wyglądasz na woja, a niewiele większyś ode mnie. To patrzę ci ja na ciebie i się dziwuję. A co, nie wolno mi? Podejdź tutaj, a rychło, bo mnie matka wytarga za ucho, że z obcym gadam… Chciałbym obaczyć twój mieczyk.

WOJTEK: Eee… to tylko taka drewniana zabawka.

LESZKO: No co ty, ja też mam w swojej chacie miecz wystrugany z patyka, ale nie tak kraśny jak twój. Mogę twój potrzymać?

WOJTEK: Ale jak? Jak ci mam go podać?

LESZKO: Ano, wskocz tu do mnie! Śmiało! Pobiegniem kawałek w knieje i cupniemy za krzakiem. Sam widzisz jakie tu zamieszanie. Matula mnie puścić nie chciała, bo ma stracha, że coś tu nabroję. Dalejże, czmychamy razem i obaczymy co tu się dziać będzie…

WOJTEK (wahając się): No… Nie wiem czy mogę się stąd ruszyć. Czekam na dziadka.                W ogóle czy to możliwe, żebym wszedł w obraz?

LESZKO: Eee, co się strachasz? Wyglądasz na wojaka, a masz boja. Co się o dziadka martwisz? Daleko nie odejdziemy. Wrócisz rychło. No, co? Podejdź, śmiało. Nie bójta się. Daj mi rękę!

WOJTEK (próbuje się przedostać na drugą stronę obrazu): Dobrze, zaczekaj. O rany! Rzeczywiście mogę przejść do ciebie. O jej, mogę cię dotknąć. A więc ty istniejesz naprawdę. Czy to jakieś komputerowe czary?

LESZKO: Nie wiem co to puterowe, ale czary to tu się dzieją oj, niesamowite. Sam obaczysz jaka tu wielka uroczystość. Ach, dziwy nad dziwami. To może i czary? Od tego polewania wodą, co jest święta ludzie się zmieniają na lepszych. Tak mówią tu u nas… Chybko biegniem, zanim moja matula znów mnie pochwyci. Ino uważaj na tego woła i oracza.

Słychać gwar ludzi. Głośne nawoływania, krzyki, śmiech dzieci, parskanie koni, ryk wołu. Odgłos kroków biegnących po ziemi, rozsuwane gałęzie.

LESZKO (lekko zasapany): Ten oracz to mnich, zakonnik chrześcijański. Wyznacza miejsce pod nową świątynię. Bo wiesz, my teraz jesteśmy chrześcijanie, czyli lud ochrzczony w imię Pana Jezusa Zbawiciela. Tu stanie świątynia dla księcia i jego dworu. I widzisz sam ile się tu dzieje. A ty byłeś już chrzczony?

WOJTEK: No pewnie, jak byłem mały. Co prawda nie pamiętam tego, ale rodzice mi opowiadali.

LESZKO: U nas dziś chrzci się i dziatwę i starych. Zaraz zobaczysz. Hej, cudaczny masz ten szłom. Daj no przymierzyć. Patrzaj, pasuje mi na moją głowę. A jaki lekki. Ha, skąd go masz?

WOJTEK: Też dziadek mi go kupił.

LESZKO: Oj, to bogatego masz tego dziadka. Szłomu nie mam, a miecz w chacie schowany leży pod legowiskiem. O, zobacz tam w oddali przy moście moja chata. Mieszkam na wyspie w grodzie kniazia Miecisława. Wołają na mnie Leszko. A na ciebie? Jak cię zwą?

WOJTEK: Wojtek

LESZKO: Hmm… Dziwne, bo u nas jest dziś czeski biskup, co go Wojtechem nazywają. Widzisz go? To ten w złotej szacie i złotym wielkim czepcu. To ci dopiero pan wielmożny.

WOJTEK: Wiem kto to jest Święty Wojciech. To patron Polski. W Gnieźnie w katedrze są jego relikwie.

LESZKO: Raz byłem w Gnieźnie z ojcem na targu. Widziałem w grodzie kamienną świątynie w kształcie krzyża, ale o żadnej katedrze nie słyszałem. I nie wiem nawet co to relikwie. A, że święty jest ten kapłan to prawda, bo zobacz jak się jego szaty świecą w słońcu. Aż oczy bolą. Ale tylko on jeden jest tak strojnie ubrany. Tam obok niego czyta modły z tej wielkiej księgi  brat jego rodzony zwany Radzymem. Też z Czech przybył, ale ma zwykłą szatę, jak ten mnich co orze. Tam przy Wojtechu stoi drugi biskup, w czerwonej szacie. To nasz Jordan z Gniezna. Trzyma pozłacany, zakrzywiony kij, jakby był jakimś pasterzem. Ten kij to nie miecz, ani dzida, jeno pastorał. Wiesz co to takiego?

WOJTEK: Pewnie, że wiem. Święty Mikołaj też ma taki. To chyba oznaka każdego biskupa.

LESZKO: Mikołaj? Nie wiem kto to taki. A Jordan to biskup, nasz najważniejszy kapłan. Wojtech to też biskup, ale on przybył dopiero co z czeskiego grodu Praga, tak jak młoda żona naszego księcia – Dobrawa. Spójrz ino teraz, co będzie się działo. Zobacz na tych wielmożów co wchodzą na wzgórze. To żupani i ich rodziny. Cały dwór księcia Czcibora, brata naszego kniazia Miecisława. Widzisz ich wszystkich? Strojni panowie i damy. Idą do tej wielkiej misy, co tak błyszczy w słońcu? To chrzcielnica. Tam jest woda poświęcona, co ma wielką moc. Tak mówi nasz książę Miecisław. To ten, co stoi na wzgórzu przy tym wielkim krzyżu i patrzy z wysoka na tych wielmożów.

WOJTEK (śmiejąc się): Ale oni wszyscy mają wystraszone miny. Boją się księcia Mieszka, a jeszcze bardziej chyba święconej wody.

LESZKO: Ksiądz Radzym mówił, że chrzest wypędza z człowieka złe duchy. Pewnie się boją, że nich jakiś Boruta wyskoczy. Ha, ha, ha… (śmiech).

WOJTEK: Jest chłodno, a oni rozbierają koszule. Pamiętam jak na obozie zuchowym mieliśmy chrzest, to też całą głowę musiałem zanurzyć w wiadrze, ale wtedy było lato i było ciepło. Wiem, że jak się chrzci w kościele małe dzieci, to polewa im się tylko kilka kropel na główkę. A ci tu rozbierają się do połowy. Aż mi ciarki przeszły po skórze.

LESZKO: To ty nie wiesz, że ten, kto w wodzie świętej obmyty będzie to dusze zyska czystą jak wyprana koszula. Tak mawiał onegdaj biskup, sam słyszałem. Grzechy będą mu przez Pana Jezusa wymazane. Stanie się już chrześcijaninem, tak jak nasz książę Miecisław i jego nowa żona księżna Dobrawa. O, widzisz ją, tam klęczy przy chrzcielnicy ze świecą w dłoni.

WOJTEK: Tak, widzę ją. Jest taka ładna. Dlaczego powiedziałeś, że Dobrawa to jego nowa żona? To Mieszko miał inną żonę?

LESZKO:  No pewnie, a co myślałeś? Przecież to potężny kniaź, więc miał kilka żon. No, ale teraz Jordan nakazał mu trzymać tylko jedną – księżniczkę Dobrawę. Więc tamte poprzednie żony kniaź odprawić kazał i teraz żyje z tą jedną. Tak właśnie postępują chrześcijanie.

WOJTEK: Chyba nie wszystkim się to podoba, bo niektórzy tak jakoś złowrogo spoglądają na chrzcielnicę.

LESZKO: Nie bój. Są tacy, co się na nową wiarę nie godzą. O, choćby nasz dudziarz z grodu. Siedzi tam na dole przy pniaku i smuci się, bo kto teraz będzie słuchał jego wróżb i starych pieśni o Swarożycu. Ale moja matula mówi, że dobrze się teraz dzieje, bo Pan Jezus jest dobry i nie trzeba mu składać ofiary ze zwierzyny. Pan Jezus ma Matkę, do której można się modlić. To dobra i łaskawa Pani. A Swarożyc był bogiem surowym i gniewnym. Zsyłał na nas pioruny. Chodźże, podejdźmy bliżej, to usłuchamy co to biskup Wojtech mówił. Spójrz, będzie teraz chrzcił samego księcia Czcibora. Widzisz to?

WOJTEK: Widziałem to już na obrazie.

LESZKO: Cichaj, słuchaj lepiej ino co biskup Wojtech gada.

ŚWIĘTY WOJCIECH: (dobitny głos z oddali, plusk trzykrotnie polewanej wody na głowę): Ego te baptizo in nomie Patris et Filii et Spiritus Sancti.

WOJTEK (szeptem): To chyba po łacinie. A i solidnie mu zmoczył głowę trzy razy, aż się ten książę wzdrygnął.

LESZKO (szeptem): To nie wszystko, patrzaj dalej. Teraz mu czoło naznaczy świętym olejem.

ŚWIĘTY WOJCIECH: Deus omnípotens, Pater Dómini nostri Iesu Christi, qui te regenerávit ex aqua et Spíritu Sancto, quique dedit tibi remissiónem ómnium peccatórum, Ipse te liniat. Chrísmate salútis in eódem Christo Iesu. Dómino nostro, in vitam ætérnam. Bóg wszechmogący, Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który cię odrodził z wody i z Ducha Świętego oraz udzielił ci odpuszczenia wszystkich grzechów, niechaj cię namaści krzyżmem zbawienia w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

GŁOSY Z TŁUMU: Amen

ŚWIĘTY WOJCIECH: Pax tibi

GŁOSY Z TŁUMU: Et cum spíritu tuo

WOJTEK (szeptem): A teraz co on robi. Daje mu nową koszulę?

LESZKO (szeptem): Białą szatę. Każdy na chrzcie taką otrzymuje.

WOJTEK (szeptem): Acha, teraz kojarzę. U nas też się taką szatkę daje dziecku podczas chrzcin.

ŚWIĘTY WOJCIECH: Accipe vestem cándidam, quam pérferas immaculátam ante tribúnal Dómini nostri Iesu Christi, ut hábeas vitam ætérnam. Weźmij szatę białą i donieś ją nieskalaną przed trybunał Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyś miał  życie wieczne.

GŁOSY Z TŁUMU: Amen

ŚWIĘTY WOJCIECH: Accipe lámpadem ardéntem, et irreprehensíbilis custódi Baptísmum tuum: serva Dei mandáta, ut, cum Dóminus vénerit ad núptias, possis occúrrere ei una cum ómnibus Sanctis in aula cælésti, et vivas in sǽcula sæculórum. Weźmij świecę płonącą i nienagannie strzeż Chrztu swojego, zachowuj przykazania Boże, abyś, gdy Pan przybędzie na gody, mógł  wyjść na Jego spotkanie ze wszystkimi świętymi w przybytku niebieskim i żył na wieki wieków.

GŁOSY Z TŁUMU: Amen.

LESZKO: Zobacz księżna Dąbrówka podała mu swoją świecę.

ŚWIĘTY WOJCIECH: Vade in pace, et Dóminus sit tecum.

WOJTEK: Niesamowite, wpierw myślałem, że to wszystko jest namalowane. Teraz widzę, że ci ludzie są prawdziwi.  To nie przedstawienie, to się wszystko dzieje na prawdę.

LESZKO: Ha! Myślałeś, że to widzenie? A wiesz, też mi się tak trochę wydawało, bom jeszcze nigdy tylu wspaniałych ludzi na raz nie widział. Patrz następny idzie do chrzcielnicy.

WOJTEK: Cóż, chętnie bym tu jeszcze został i popatrzył, ale boję się, że mnie dziadek już pewnie szuka. On nie wie, że ja wszedłem tu do ciebie. Będzie się denerwował.

LESZKO: Oj co ty, krzywda ci się tu żadna nie dzieje.

WOJTEK: Muszę jednak wracać. To dziwne żebym tak długo siedział w obrazie. Ciekawe, czy ktokolwiek mi uwierzy w tę historię.

LESZKO (speszony): A zanim pójdziesz dałbyś mi swój mieczyk? Oddam ci następnym razem jak do nas wrócisz.

WOJTEK (z wahaniem): No nie wiem… To prezent od dziadka. Nawet się nim nie zdążyłem nabawić.

LESZKO: Chcesz, to zamienimy się. Dam ci mój barani kubrak. Ciepły, miękki w dotyku. Sam zobacz. Matula mi go szyła.

WOJTEK: Nie… Zatrzymaj go sobie. Tobie się przyda, a miecz też weź. Będziesz miał pamiątkę. Dziadek się chyba nie pogniewa jak mu wszystko opowiem.

LESZKO: Dobry z ciebie druh. Będę o tobie pamiętał.

WOJTEK: Nie wiem tylko jak ja teraz wrócę do siebie.

LESZKO: Musimy pobiec tam gdzie stoi moja matula. Stamtąd wskoczyłeś, tam teraz zeskoczysz. Ot, proste. O! I mnie już przyzywają. Bieżmy na około. Ino znów uważaj na tego oracza. Bruzdy mu nie zadeptaj (śmiech).

Odgłos biegu po trawie. W tle słychać głos kapłana.

ŚWIĘTY WOJCIECH:  In nomie Patris et Filii et Spiritus Sancti.

LESZKO (z lekką zadyszką w głosie): No Wojtek, skaczże do siebie. A zajrzyj tu kiedyś do mnie jeszcze! Hej!

WOJTEK: Jeżeli tylko mi się uda! Trzymaj się Leszek. Chop!

Odgłos skoku i lądowania nogami na twardym podłożu.

 

WOJTEK (krzyczy uradowany): Aj! To ci numer. Udało się! Wow! Dziadku udało się!

Skrzypnięcie drzwi. Dziadek i Bożydar wpadają do pracowni.

DZIADEK: Wojtek! Jesteś! Bogu dzięki! Gdzie byłeś?

BOŻYDAR: Ale żeś nam strachu napędził chłopcze! Szukaliśmy cię w tym deszczu po całej okolicy.

DZIADEK: Już myślałem Wojtek, żeś wskoczył do jeziora. Miałeś się stąd nie ruszać, a tyś się nam schował. Wystraszyłem się nie na żarty.

WOJTEK: Dziadku, nie uwierzysz, ale ja stąd w ogóle nie wychodziłem. Wskoczyłem tylko do obrazu.

DZIADEK: Co ty opowiadasz za głupoty. Czemu stroisz sobie z nas żarty? Mam tylko nadzieję, że nic nie zbroiłeś?

WOJTEK: Kiedy ja mówię prawdę. Jak tylko siadłem na fotelu zrobił się szum, nagle powiało i ten chłopiec z obrazu zaczął do mnie mówić. To on. Ma na imię Leszko. Zawołał mnie, a ja wskoczyłem do obrazu.

DZIADEK: Chyba ci się coś przyśniło. Za dużo bajek oglądasz w telewizji.

BOŻYDAR: Zaczekaj Staszku, daj chłopakowi opowiedzieć. Twój wnuk ma wspaniale rozwiniętą wyobraźnię. Czasami warto posłuchać, to co mają nam do powiedzenia dzieci. Czy usiadłeś na tym fotelu i zacząłeś się intensywnie wpatrywać w obraz?

WOJTEK: Tak właśnie było. Pokręciłem tymi gałkami i nagle obraz zaczął się ruszać, tak jak na filmie w kinie.

DZIADEK: Ładna bajeczka…

BOŻYDAR: Wiesz, że ja też czasami jak sobie siądę w tym fotelu mam takie wizje i próbuję sobie wyobrazić, co tak naprawdę dzieje się w tej chwili na obrazie. Ta scena jest bardzo dynamiczna, jakby zatrzymana w kadrze. Masz rację, że to trochę tak jakby ktoś w kinie zatrzymał na chwilę projektor. To powiedz nam Wojtek, co ujrzałeś wchodząc do obrazu.

WOJTEK (zasmucony): Pan się ze mnie śmieje, a to mi się naprawdę przydarzyło.

BOŻYDAR: Uwierz mi chłopcze, że mówię poważnie. Wierzę ci, dlatego chcę żebyś mi opowiedział o tym, co widziałeś.

WOJTEK: Z Leszkiem pobiegliśmy tam na skraj lasu. O, tam z lewej, koło tego wysokiego drzewa, gdzie rośnie krzew. Patrzyliśmy na wszystko jakby z drugiej strony obrazu. Widziałem chrzest Czcibora, brata księcia Miecisława. Chrzcił go sam Święty Wojciech, który przybył z Czech. Mówił coś po łacinie i trzy razy polewał mu głowę wodą święconą. Potem nałożył mu białą szatę, a księżniczka Dąbrówka podarowała mu świecę, którą trzymała w dłoni. A ludzie, którzy na to patrzyli mówili cały czas amen, amen. Za Czciborem szli inni, całymi rodzinami, dorośli i dzieci. Patrzyli z lękiem na księcia Mieszka i bali się święconej wody, bo ona wypędza z człowieka złe duchy. A ten, co czyta modlitwy z księgi, to rzeczywiście Radzym, rodzony brat Świętego Wojciecha.

DZIADEK: Niesamowite! Skąd ty masz taką wiedzę?

WOJTEK: No przecież mówię, że tam byłem. Nie wiem w jaki sposób to wszystko ożyło i jak to było możliwe, ale byłem po drugiej stronie obrazu.

BOŻYDAR: Gotów jestem ci uwierzyć. Sam byś tego z siebie nie wymyślił. Dziwne rzeczy się tu czasem dzieją na Lednicy. Nie takie opowiadania już słyszałem. Duch historii unosi się nad tym miejscem. Dziś w nocy w sposób szczególny. Mamy dziś letnie przesilenie słońca. Noc kupały. Jak wierzyli Prasłowianie, to noc czarów, które sprawiają, że spełniają się nasze ukryte pragnienia. Noc kupały to święto radości życia, więc może i martwe rzeczy mogą w tę niezwykłą noc ożyć.

DZIADEK: A mi się coś zdaje, że chyba się zdrzemnąłeś. Tylko gdzie się ukryłeś, że przez półgodziny szukaliśmy cię po całym muzeum?

WOJTEK: Nadal mi nie wierzysz dziadku. Zobacz nie mam miecza. Dałem go Leszkowi.

DZIADEK: No patrz i miecz jeszcze zgubiłeś.

BOŻYDAR: Zaraz, zaraz. Spójrzcie na obraz. Czy to niemożliwe? Przy małym chłopcu leży drewniany miecz. Nie pamiętam żebym go namalował. Zaczekajcie sprawdzę na zdjęciu oryginału.

Bożydar się oddala.

BOŻYDAR (głos z oddali): To niesłychane. Na oryginale nie ma miecza, więc i ja go nie malowałem. Skąd się więc teraz wziął na obrazie?

WOJTEK: A nie mówiłem. Teraz mi wierzycie.

BOŻYDAR: Staszku, doprawdy nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć, ale twojemu wnukowi naprawdę przytrafiło się coś niezwykłego. Wiesz, są rzeczy na niebie i ziemi…

DZIADEK: Tak, wiem… o których nie śniło się filozofom. Śniło się za to małym chłopcom. Wracamy Wojtek do domu. Już późno. Rodzice będą się denerwować.

WOJTEK: Tak jak mama Leszka. Dlatego trzyma go wciąż za rękę. Za bardzo rozrabiał.

DZIADEK: No właśnie. To zupełnie jak ty. Ciebie też trzeba chyba trzymać za rękę, żebyś mi nie zginął. Bożyku dziękujemy ci za piękną lekcję historii. Twój obraz to wielkie dzieło. Na pewno jak otworzą wystawę będzie o tobie głośno w całej Polsce. Dziękuję, że jako jedni z pierwszych mogliśmy podziwiać twoją panoramę. Trzymaj się zdrowo. Do zobaczenia.

WOJTEK: Dziękuję. Do widzenia. To był naprawdę niesamowity wieczór.

BOŻYDAR (szeptem): Wiem, chłopcze i ci zazdroszczę. Odwiedź mnie jeszcze kiedyś.

WOJTEK: Oczywiście. Przecież Leszko obiecał mi oddać mój miecz.

 

Dziadek i Wojtek wychodzą z pomieszczenia. Skrzypnięcie zamykanych drzwi.

BOŻYDAR (po chwili milczenia wzdychając z lekkim uśmieszkiem): Oj Leszko, Leszko… Trudno cię upilnować. Znów gałganie wciągnąłeś kogoś do obrazu. Ale z tym mieczem to już przesadziłeś. Jak ja się z niego teraz wytłumaczę? Zamalować go, czy ci go zostawić nicponiu jeden? Też Matejko miał pomysł, żeby ciebie malować.

Muzyka, taka jak na jarmarku.

 

KONIEC    

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiersz z literką ,,ż”

09 sty

Żeby stać się nieco większym

mały Jaś szukał porady.

Gdzież ja wiedzę taką znajdę?

Sam urosnąć nie dam rady.

 

Któż mi pomóc chociaż zdoła,

bo już rozpacz we mnie wielka,

gdyż od kilku dni niemała

wciąż spoglądam do lusterka.

 

Cóż, ta sprawa nie jest łatwa,

a nadzieja wciąż się tli…

Skoro inni również rosną,

to też uda się i mi!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak chorował alfabet

20 paź

Raz alfabet nieuważnie

przeziębił się na poważnie

i biedaczek tak chorował,

że do łoża wnet się schował.

A zażyło witaminę,

B zrobiło głupią minę,

C zmieniło się w tabletkę

D dzwoniło po karetkę,

E jęknęło cicho ech…

F uznało to za pech,

G grubiańsko gulgotało,

H lekarza przyzywało

i kichnęło na kropeczkę,

założyło J czapeczkę,

K ma kaszel i się krztusi,

L na boku leżeć musi,

Ł się łamie i narzeka,

M na pomoc tylko czeka,

N zaś nie chce leżeć w łóżku,

O masuje się po brzuszku,

P wypieki ma na twarzy,

R o sanatorium marzy,

S się skręca, szarpie, syczy,

T tabletki w listku liczy,

U uwierzyć chce w kurację,

 

 

W przyznaje jej w tym rację,

Y ma na to leki nowe,

a Z czuje się już zdrowe.

Tak literki chorowały,

się kłóciły, narzekały,

a alfabet  bez jęczenia

szukał siły uzdrowienia

i skutecznie się kurował,

aż się wreszcie wychorował.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii bajki dla dzieci

 

Przedziałek w poniedziałek

20 paź

 

Kiedy wstaję w poniedziałek

czeszę rano swój przedziałek,

bo mi zawsze po niedzieli

włos się na dwie części dzieli.

 

Znów przed lustrem zamieszanie,

na nic ręką przygładzanie,

te niesforne moje włosy

sterczą niczym zboża kłosy.

 

Nie upadam wszak na duchu

grzebień, szczotka są już w ruchu,

czasem biorę też i wałek,

by wyrównać swój przedziałek.

 

W końcu efekt pożądany -

- ślicznie włos mój przylizany!

Jestem dumny i wesoły,

wreszcie mogę iść do szkoły!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii bajki dla dzieci

 

Podmiana – opowiadanie w stylu kryminalnym

28 wrz

Hrabia Edward Raczyński siedział od rana w swoim gabinecie. Ciepło z rozpalonego przez służbę kominka przyjemnie rozchodziło się po całym pokoju. Za oknem hulał po rogalińskim parku listopadowy wiatr, zamiatając z trawnika kolorowe liście. Przez wczorajszą kolację wydaną na cześć znakomitego gościa i jego wieczór recytatorski Edward nie miał czasu na przejrzenie bieżącej korespondencji. Teraz cisza poranka sprzyjała skupieniu. Spojrzał na list opatrzony pieczęcią Biblioteki Raczyńskich. Uśmiechnął się dobrotliwie, lubił bowiem prowadzić korespondencję z dyrektorem Łukaszewiczem. Sięgnął po nożyk i ostrożnie rozciął kopertę. Wyciągnął list i zaczął czytać.

Szanowny Panie Hrabio,

Wszystkich nas przygnębieniem napełniły wieści o zdobyciu przez wojska feldmarszałka Paskiewicza Warszawy i o podjętej w związku z tym decyzji Sejmu o zawieszeniu narodowego powstania. Smutek napełnił każdy dom polski i każdą polską rodzinę. Już o tym pisałem w poprzednich mych listach. Tym razem Drogi Hrabio ośmielam się zwrócić Twoją atencję na mojego brata ciotecznego Tadeusza, który w czasach tej wojennej zawieruchy w domu moim znalazł chwilowe schronienie. Tadeusz pochodzi z Litwy i tam będąc ochotnikiem powstańczym rozpoczął swoją wojenną tułaczkę, którą zakończył we wrześniu na szańcach stolicy. To co  przeżył w czasie powstania, tak silnym stało się dlań wspomnieniem, że dał temu upust poprzez tworzenie dzieł poetyckich. Przyznam, żem sam uległ niezwykłemu wzruszeniu wczytując się z uwagą w jego wiersze. Z jakąż to siłą poruszył me serce utwór o śmierci dzielnej kobiety – pułkownika Emilii Plater… Jakże poruszający jest obraz obrony warszawskiej reduty dowodzonej przez jenerała Juliana Ordona… Przekazuję tobie Hrabio oba wiersze poddając je twojej opinii. Ciekaw jestem co o nich sądzisz?

                                                                 Z wyrazami pełnymi szacunku

                                                                            Józef Łukaszewicz

Edward zaczął czytać oba utwory spisane na osobnych arkuszach. Poczuł narastające mrowienie skóry pod włosami. To było niesamowite doznanie, zupełnie odmienne od tego jakie doświadczył słuchając wczoraj w salonie miłosnych liryków. Niespodziewanie jego kontemplacyjny nastrój przerwał nagle hałas dobiegający z korytarza. Bez pukania do gabinetu wbiegł zdyszany służący.

– Najmocniej przepraszam pana hrabiego, ale zdarzył się wypadek – wysapał lokaj                          i zapominając o dobrych manierach otarł rękawem białej koszuli spocone czoło.

Hrabia wyrwany z zamyślenia spiorunował spojrzeniem służącego.

– Co się stało Gerwazy?

– Chłopak z Radzewa przybiegł właśnie do pałacu i oznajmił, że pan Adam Mickiewicz z konia spadł i życia znaku nie daje. Chłopi go na furmankę przenieśli i jadą z nim do Rogalina.

– Mój Boże! Jak to się stać mogło? Dlaczego pan Mickiewicz nie był w swoich pokojach? – hrabia Raczyński  uchwycił służącego za rękę jął nią energicznie potrząsać.

– Pan Mickiewicz przed świtem wierzchowca kazał szykować, mówiąc, że do Kórnika się udaje. Odźwierny twierdzi, że wczoraj po kolacji posłaniec list do pana Adama przywiózł. Podobno od hrabiny Łubieńskiej, która do Kórnika wczoraj w gości przybyła. Nic więcej jaśniepanie nie wiem – Gerwazy patrzył wystraszony we wściekłe oczy hrabiego.

– Konstancja Łubieńska? Tego mi brakowało tylko! Skandal obyczajowy pod moim bokiem –  Raczyński aż trząsł się z oburzenia. – Specjalnie do Kórnika przybyła, żeby mi gościa omamić. Schadzek się jej zachciało. Szybko, konia każ szykować!

Gerwazemu nie trzeba było dwa razy powtarzać polecenia. Wybiegł z gabinetu i popędził                   w dół schodami z okrzykiem:

– Konia dla hrabiego, konia!

Tymczasem drzwi od gabinetu znów się uchyliły i ukazała się w nich w porannym stroju Konstancja, żona hrabiego.

– Edwardzie, co się dzieje? Co to za hałasy z samego rana?

– Nasz gość, pan Mickiewicz przed świtem ruszył na amory do Kórnika i jadąc zapewne po ciemku spadł z konia. Chyba źle z nim, bo chłopi go wiozą na wozie. Biorę konia i jadę zobaczyć, co się stało. Ty tymczasem przygotuj pokój dla rannego.

Hrabina jęknęła cicho i jęła przywoływać pokojówkę do swojego apartamentu.

 

Pół godziny później furmanka z sianem na której spoczywał krwią broczący Adam Mickiewicz wtoczyła się na brukowany dziedziniec przed rogalińskim pałacem. Wokół wozu kroczył spory tłum okolicznych chłopów, służących z dworu i wiejskich dzieciaków. Przodem niczym generał na karym koniu jechał sam hrabia Edward.

– Zanieście ostrożnie rannego do pałacu – wołał w stronę Gerwazego, który w otoczeniu innych lokajów stał u progu drzwi wejściowych. Do młodego zaś stajennego, który ruszył przytrzymać za uzdę jego konia powiedział pośpiesznie: – Bierz najlepszego konia i gnaj czym prędzej do Poznania, do szpitala Przemienienia Pańskiego, do sióstr szarytek. Sprowadź doktora Marcinkowskiego. Powiedź, że hrabia Raczyński prosi usilnie do ciężko rannego.

Z pałacu wybiegła hrabina Konstancja w otoczeniu dwóch pokojowych. Podbiegła do wozu na którym spoczywał ranny. Widok był wstrząsający. Mickiewicz miał głowę owiniętą w chłopską koszulę, która cała nasiąknęła już krwią. Okrwawioną twarz trudno było rozpoznać. Odzienie jego było  poszarpane i ubłocone. Charczał.

– Mój Boże co też się stało? – Konstancja załamała ręce. – Trzeba czym prędzej obmyć i opatrzyć mu rany.

– Koń go poniósł, a przeskakując przez strugę zrzucił na ziemię. Upadając musiał uderzyć głową w stary pień drzewa – odparł Edward pomagając przy podnoszeniu rannego z wozu.

– Ale historia! Będzie afera na całe Księstwo Poznańskie. Mickiewicz miał jutro wrócić do Gorzeńskich do Śmiełowa. I co teraz będzie? – lamentowała hrabina.

– Módl się tylko duszko kochana, żeby on tu nam nie skonał – dodał hrabia Edward – bo to dopiero będzie afera, większa niż na całe Księstwo.

 

Wieczorem tegoż samego dnia w oknie pokoju gościnnego na parterze została zapalona świeca gromniczna. Doktor Karol Marcinkowski zmierzał ku podstawionej pod wejście dorożki. Towarzyszył mu sam hrabia Edward.

– To wszystko co mogłem zrobić. Nie było sensu wieść go do szpitala. Ten młody człowiek był w stanie agonalnym. Uszkodzona czaszka… – lekarz rozłożył bezwiednie ręce. Raczyński uchwycił go mocno za ramię.

– Liczę na twoją dyskrecję Marcinie. Proszę nie rozpowiadaj na razie o dzisiejszym zgonie w moim pałacu. Muszę całą sprawę przemyśleć. Rozumiesz… To wielka strata dla nas wszystkich, zwłaszcza teraz, gdy powstanie upadło i duch w narodzie przygasa. Wiadomość  o śmierci wielbionego poety byłaby dodatkowym wstrząsem.

– Oczywiście hrabio. Może pan całkowicie polegać na mojej dyskrecji. Do zobaczenia.

Dorożka z turkotem oddaliła się z pałacowego dziedzińca. Edward udał się do swego gabinetu na piętrze i zasiadł przy biurku. Czuł wielkie przygnębienie i smutek. Musiał się dobrze zastanowić nad tym, co powinien teraz zrobić. Jego wzrok padł na otwarty list. Chwycił go i podszedł do kominka. Przeczytał po raz kolejny wiersze. Otarł łzę kręcącą się mu w oku. Patrząc w płomienie ognia skaczące po drewnianych kłodach analizował cały miniony dzień. Stopniowo zaczęła się w nim kształtować pewna zuchwała myśl. Sięgnął po mosiężny dzwonek stojący na biurku i przywołał Gerwazego. Ten po chwili stanął usłużnie w drzwiach.

– Jutro rano trzeba będzie posłać gońca do Śmiełowa z zaproszeniem do hrabiego Gorzeńskiego, a do Poznania wysłać dorożkę po dyrektora Łukaszewicza i jego kuzyna Tadeusza.

Gerwazy skinął znacząco głową i odwrócił się ku drzwiom zamierzając odejść.

– Czekaj! – Zawołał hrabia. – Skreślę kilka słów do dyrektora. Przekażesz list stangretowi.

Raczyński umoczył angielską stalówkę swojego pióra w kałamarzu i zaczął pisać na papierze.

 

Drogi Józefie

Bardzo mnie wzruszyły wiersze twego brata ciotecznego Tadeusza. Myślę, że jego talent poetycki może być obecnie wielce użyteczny. Dlatego proszę cię byś jak najpilniej przybył z krewnym swoim do mnie, do Rogalina. Sprawa jest wagi narodowej. Mam pewien pomysł co do przyszłości twego krewniaka, ale ze względu na pewne okoliczności, które chcę ci osobiście wyjawić, działać musimy natychmiastowo.

Z wyrazami serdeczności

   hr. Edward Raczyński

Poczekawszy chwilę aż wyschnie atrament Edward złożył list, przypalił kawałek laku i zapieczętował korespondencję. Wręczył ją Gerwazemu.

– I jeszcze jedno Gerwazy. Masz pouczyć służbę, aby nie rozpowiadała o zgonie pana Adama Mickiewicza. To ważne. Zrozumiałeś?

– Tak panie hrabio. Nikt z pałacu nie piśnie ani słowa.

 

Następnego dnia w porze obiadowej na dziedziniec pałacu zajechała hrabiowska dorożka. Wysiadło z niej dwóch mężczyzn, którzy natychmiast zostali poprowadzeni do gabinetu Edwarda.

– Witaj Józefie – Raczyński z otwartymi ramionami ruszył ku pierwszemu z gości. – A to zapewne Tadeusz?

– Tenże, o którym wspominałem w liście – dyrektor Łukaszewicz usunął się nieco na bok.

– Pokaż się no pan, panie Tadeuszu – hrabia Raczyński zaczął baczniej spoglądać na przybysza i obszedł go na około. – Postawny z pana Litwin. Wzrost odpowiedni, tusza w sam raz… Tak, takiego mi człowieka trzeba. Uczesanie się panu poprawi jedynie i sprawi nową odzież. Doskonale pan pasujesz do mego zamysłu. Czy gotów jest pan służyć dalej ojczyźnie całym swym życiem?

– Oczywiście hrabio. Natychmiast i bez zastanowienia – odparł zdziwiony nieco mężczyzna.

– To bardzo dobrze. Wyśmienicie. Muszę was obu zatem wtajemniczyć w pewien plan. Zaznaczam wszak, że ta rozmowa musi pozostać dozgonną tajemnicą między nami. Zapraszam na łyk wybornego koniaku.

Hrabia Raczyński stanął przy barku, napełnił szklanki złocistym płynem i podał je swoim gościom. Poczekał, aż zakosztują pierwszy łyk. Dopiero potem zaczął przemawiać.

– Otóż stała się rzecz niezmiernie przykra. Przedwczoraj bawił u mnie na kolacji sławny poeta Adam Mickiewicz. Niestety, rankiem wybrawszy się na konną przejażdżkę spadł nieszczęśliwie z wierzchowca i uderzył głową o pień drzewa. Pomimo natychmiast sprowadzonej z Poznania pomocy wieczorem skonał. Nie ukrywam jak bardzo przykra jest to dla mnie sprawa. Jednak nie względami osobistymi mój lęk jest przesycony. Wiadomo powszechnie jak wielką sławą cieszył się w narodzie ów poeta. Poezja jego znana jest w całej Rzeczypospolitej. Choć moim zdaniem romantyczny charakter jego ballad i romansów niezbyt dopasowuje się do obecnych nastrojów przygnębienia jakie w społeczeństwie panuje po upadku powstania. Niemniej, wiadomość o śmierci Mickiewicza wywołać by mogła w narodzie szok i niedowierzanie. A naród teraz potrzebuje wsparcia, pociechy. I choć zbrojnie walczyć już nie możemy, mamy wciąż oręż potężny przy sobie. Jest nią nasza duma, nasza historia i nasza kultura. A cóż jest dziś bardziej nośnego niż słowo pisane, niż patriotyzmem nasiąknięta literatura. Tak, drodzy panowie. Nie możemy ot tak sobie pochować Adama Mickiewicza. Musimy go wskrzesić i natchnąć do tworzenia poezji ku pokrzepieniu serc naszych zbolałych.

Józef i Tadeusz słuchali tego wszystkiego w osłupieniu. Raczyński tymczasem z coraz większym zapałem rozwijał swoją myśl, a twarz mu promieniała.

– Mój plan jest wielce ryzykowny, ale gdyby się powiódł wiele z niego pożytku społecznego może jeszcze wyniknąć. Chciałbym wam przedstawić nowego Adama Mickiewicza.

Hrabia podszedł do Tadeusza i chwyciwszy go za bary spojrzał mu prosto w oczy.

– Panie Tadeuszu, pan mógłbyś zostać Mickiewiczem. Przybierzesz jego tożsamość i tworzyć będziesz poezję pod wypromowanym już w świecie nazwiskiem. Nadajesz się do tej roli, a pańska twórczość jest nam w kraju bardzo potrzebna. To szansa dla pana. Co pan na to?

 

Dwa dni później do Rogalina przybył hrabia Hieronim Gorzeński. Raczyńscy podjęli go obiadem, podczas którego Edward wyłuszczył cały swój szaleńczy plan.

– Rozumiesz Hieronimie obecną sytuację – przekonywał swego gościa Raczyński. – Trzeba będzie nowego Mickiewicza czym prędzej z Wielkopolski odesłać zza granicę. Niech jedzie do Paryża. Ty go tam wyślesz, a ja napiszę list polecający do księcia Adama Czartoryskiego. Niech on weźmie go pod swój protektorat. Najważniejsze, by już nigdy nie wracał w te strony. Nie może się bowiem spotkać ani z hrabiną Łubieńską, ani ze swym bratem Franciszkiem, który przebywa w Rogoźnie. Niech wiedzie spokojne życie we Francji, niech się tam ożeni i tworzy na chwałę naszej ojczyzny, niech rozsławia słowem pisanym bohaterskie czyny powstańcze. Tego nam dziś potrzeba poety – wieszcza. A nieboszczyka Mickiewicza pochowam tymczasem po cichu w rodowej krypcie kościoła w Zaniemyślu. Nikt się nie dowie, co zaszło w Rogalinie.

 

Pod wieczór hrabia Hieronim Gorzeński opuszczał pałac w Rogalinie. Pożegnawszy się serdecznie z gospodarzami wsiadł do swojej szykownej karety typu berlina. W środku siedział już pasażer. Jego twarz skrywała się w mroku wnętrza.

– I cóż, panie Mickiewicz. Znów będę miał zaszczyt gościć pana w Śmiełowie – rzekł hrabia z lekkim uśmiechem. ­– Słyszałem, że pod natchnieniem pobytu w Rogalinie zacząłeś pan tworzyć wiersze bardziej patriotyczne. Z chęcią w pałacu posłuchamy nowej twórczości.

– To będzie dla mnie zaszczyt – odparł cicho pasażer. – Chętnie poznam bliżej życie dworskie w Wielkopolsce. Kto wie, może i z tego jakowe natchnienie jeszcze mi przyjdzie.

Z okna na piętrze odjazdowi karety przyglądał się hrabia Raczyński. Miał myśli pełne obaw, ale tak jak przez całe swoje życie, lubił podejmować się ryzykownych rzeczy. I o dziwo,  zawsze na tym dobrze wychodził.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie

 

Kino zmienionych wspomnień

28 wrz

„Nowość. Sensacyjny wynalazek teraźniejszości!

Żywe fotografie. Między innemi: Wizyta cara w Paryżu bardzo naturalnie przedstawiona.

Co pół godziny od 5-10 wieczorem. Wstęp 50 fen. Dzieci 25 fen.

Przy ulicy Bismarcka Nr. 8/9 w tylnej Sali cukierni M. Michalskiego”.

„Dziennik Poznański” nr 271 z 25 listopada 1896 r.

 

Właściciel cukierni Michał Michalski zacierał ręce z zadowolenia. Jeszcze nigdy święta Bożego Narodzenia nie były tak dochodowe jak w tym roku. Od miesiąca interes kręcił się znakomicie. I nie chodziło o sprzedaż ciasta czy drogich likierów. Odkąd sprowadził z Francji owo niezwykłe urządzenie do projekcji ruchomych obrazków, zwane kinematografem, liczba klientów w jego sennej cukierni wzrastała lawinowo. To był doskonały pomysł, żeby zainwestować w nowinki techniczne. Świat się zmieniał. Już niedługo ludzkość będzie świętowała nadejście XX wieku, ery silników spalinowych, aeronautyki i właśnie kinematografii. A on, Michał Michalski, jest pierwszym w Poznaniu właścicielem aparatu do wyświetlania ruchomych obrazków. Na projekcje ściągają do niego tłumy ciekawskich mieszkańców miasta. Żeby pomieścić wszystkich chętnych, trzeba było uprzątnąć zaplecze kawiarni i przygotować miejsce pod widownię. Opłacało się, seanse gromadziły bowiem komplety widzów.

 

*

 

W każdy piątek Michalina Bonczyk zaczynała swoje życie od nowa. Budziła się wcześnie rano, szła na przystanek na Placu Cyryla Ratajskiego i wsiadała w tramwaj numer ,,17”. Podjeżdżała jeden przystanek  i o godzinie siódmej piętnaście była już na mszy w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela przy ulicy Fredry. Nieraz zastanawiała się, czy to, co się z nią dzieje w piątki po południu, jest zgodne z jakimikolwiek przykazaniami. Z nikim jednak na ten temat nie rozmawiała, bo nie miała ochoty zwierzać się komukolwiek ze swoich doświadczeń. Całe życie przeżyła w samotności i było jej z tym dobrze. Po mszy robiła zakupy w pobliskim sklepiku markecie i wracała do swego ukochanego mieszkanka w secesyjnej kamienicy przy ulicy Młyńskiej. Szykowała śniadanie, parzyła mieloną kawę i powoli z namaszczeniem spożywała posiłek. Później sprzątała mieszkanie, pielęgnowała rośliny i odpoczywała w głębokim fotelu. W samo południe wWłączała radio, żeby wysłuchać wiadomości. Świat kroczył do przodu, a ona zatrzymała się w tym jednym, najważniejszym dla niej momencie. To był jej świat, innego nie potrzebowała.

Przed godziną piątą po południu Michalina zaczynała szykować się do wyjścia. Na szóstą miała zamówiony seans projekcyjny w mieszkaniu przy ulicy Kantaka 8. Szła powoli przez miasto, drżąc cała z podniecenia. Znów będzie mogła przeżyć owe wspaniałe chwile, które w rzeczywistości nigdy się jej nie przydarzyły. Ciemnowłosy Stanisław w powstańczym mundurze, z tą jego gęstą czupryną opadającą na prawe oko i wąsko przystrzyżonym wąsikiem, będzie klękał przed nią z bukietem polnych kwiatów i szeptał czułe słowa. Dziś nie popełni tego błędu, jak wtedy, gdy miała dwadzieścia jeden lat. Tak jak w każdy poprzedni piątek, przyjmie jego oświadczyny. Dzięki projekcji będą razem. Przez ten niezwykły wieczór wieść będą szczęśliwe życie małżeńskie.

 

*

 

„Nowatorska metoda zastępowania przykrych wspomnień wspomnieniami pozytywnymi terapią seansów projekcyjnych. Doktor Albert Renert, Poznań, ulica Kantaka 8/9”

Ogłoszenia drobne, internetowe wydanie „Głosu Wielkopolskiego”.

 

Adrian Przybecki wpatrywał się w ekran komputera. Szukał nadziei dla siebie, odpowiedzi, co ma dalej ze sobą zrobić. Zawód miłosny, jaki przeżył, można było przyrównać do fali tsunami. Jego życie runęło zupełnie w gruzy. Wszystko, co dotychczas udało mu się zdobyć, z czego był tak dumny, wydawało się teraz nic niewarte i bezużyteczne. Stracił wiarę w siebie i nie umiał się wydobyć z tej ruiny.

Myślał, że ma dobrze zaplanowane, poukładane życie. Studia na Politechnice Poznańskiej ukończone z wyróżnieniem. Od razu propozycja ciekawej pracy w oddziale IT w banku. Niezłe wynagrodzenie i wolne weekendy. Anetę poznał na początku wiosny podczas sobotniego wypadu do klubu w Starym Browarze. Blondynka z pomalowanymi na zielono powiekami i lekko zadartym noskiem. Szybko okazało się, że wiele ich łączy. Nie tylko są rówieśnikami, ale lubią tę samą muzykę, smakuje im ta sama marka piwa i śmieszą ich te same seriale komediowe. Tak zaczęła się ich znajomość.

Najpierw spotkania, co tydzień, później częściej. Po dwóch miesiącach byli już parą, po czterech zamieszkali razem. Adrian wynajmował kawalerkę na Łazarzu przy ulicy Lodowej. Kuchnia, duży pokój i mały balkonik od strony podwórza. Anecie się tam spodobało. Wieczorami po pracy wychodzili na Stary Rynek albo na spacer do parku Wilsona. W sobotę rano razem szli na zakupy na Rynek Łazarski, potem rowerami jechali nad Rusałkę albo do Strzeszynka. Aneta wydawała się szczęśliwa, a Adrian nieprzytomnie zakochany. Miało tak już być zawsze.

Przyszła jednak zima. Skończyły się spacery, a Aneta coraz częściej znikała z domu. Tłumaczyła się, że ma spotkania z koleżankami, fitness, wodny aerobik i inne tego typu zajęcia. Któregoś dnia Adrian wrócił po pracy do domu. Szafa z rzeczami Anety była pusta. Na stole leżała kartka: ,,To już koniec. Żegnaj. Nie próbuj mnie szukać.”

 

*

 

Już po paru tygodniach popołudniowych seansów z ruchomymi obrazkami cukiernik Michał Michalski zauważył pewne dziwne zjawisko. Niektórzy z widzów po skończonym seansie zastygali w bezruchu. W kinematografie kończyła się taśma i przez dłuższą chwilę zamiast obrazu na płótnie ukazywała się duża plama światła. Michalski odniósł wrażenie, że na niektórych ta plama działa jak hipnoza. Trzeba było takiego widza mocno szturchnąć, żeby przywrócić go do rzeczywistości. Niektórzy uważali, że w trakcie takich seansów mają bardzo realistyczne zwidy. Najdrastyczniejszy przypadek zdarzył się zaraz po Nowym Roku. Po jednym z wieczornych seansów zapatrzona w ekran kobieta zaraz po ocknięciu się zaczęła krzyczeć, że ma skurcze porodowe. Michał wysłał natychmiast swego subiekta po pomoc do szpitala miejskiego na ulicę Szkolną. Zanim dotarł doktor z położną, poród się już rozpoczął. Nieszczęsną kobietę przeniesiono do pokojów mieszkalnych państwa Michalskich. Godzinę później na świat przyszła zdrowa dziewczynka. Jak się później dowiedział pan Michał, wdzięczna za opiekę podczas porodu kobieta dała dziewczynce na jego cześć imię Michalina.

 

*

 

– Czy to prawda, że dzięki seansom kinowym jest pan w stanie zmienić wspomnienia? – Adrian kulił się na krześle w gabinecie doktora Alberta Renerta. Miał podkrążone oczy, głos mu się łamał. Obgryzione paznokcie chował w zaciśniętych pięściach.

– Hmm… to stwierdzenie jest mało precyzyjne. – Doktor przybrał mentorski ton. Podrapał się po brodzie i poprawił opadające mu na nos zbyt duże okulary. – Wszystko zależy od samego pacjenta, a nie ode mnie. To nie ja zmieniam wspomnienia, ale pacjenci dzięki projekcji mają możliwość korygowania swoich przeżyć zapisanych w pamięci. To jakby nowe spojrzenie na tę samą rzecz, tyle tylko, że z innej perspektywy. To znaczy dłuższej perspektywy czasowej.

– A czy niedawne, dotkliwe wspomnienia można zamienić w doznania pozytywne? – Adrian podniósł swoje podkrążone oczy na Renerta. Na chwilę błysnął w nich cień nadziei. – Po to tu przyszedłem, panie doktorze…

– Naturalnie, jestem gotów pomóc. Wszystko będzie jednak zależało od pana, od tego, czy ma pan silną wolę zmiany swoich wspomnień. Ze świeżymi przeżyciami może być, co prawda, pewien problem. Widzi pan, im więcej czasu upływa od zdarzenia, które tkwi w naszej pamięci, tym większego nabieramy do niego dystansu. Pewne rzeczy mogą się nam teraz wydawać bardzo dotkliwe. Jednak po paru latach patrzymy na nie z zupełnie innej perspektywy i już nas to tak nie boli, a nawet z czasem zaczynamy dostrzegać pewne plusy. I o to chodzi w mojej terapii. Dotykam jakiegoś ważnego zdarzenia z przeszłości i dzięki terapii projekcyjnej daję pacjentowi szansę przeżycia wszystkiego na nowo. Tym razem jednak to pacjent jest panem swego losu. Zaczyna wplatać w projekcję nowy scenariusz zdarzenia, taki, który dla niego będzie miał pozytywne zakończenie. Terapia wzmacnia i utrwala w świadomości ten seans, w taki sposób, żeby pacjent zaczął wierzyć w alternatywne zakończenia. Dzięki temu zostają wymazane jego wspomnienia negatywne.

– Mam bardzo bolesne przeżycie związane z odejściem mojej dziewczyny. – Adrian mówił z trudem, jakby mu coś stanęło w gardle. – Dla mnie to jest jak koniec świata. Nie potrafię się odnaleźć w nowej sytuacji. Wszystko straciło sens, znaczenie… Jeżeli chcę dalej normalnie żyć muszę… muszę wymazać z pamięci okres bycia z Anetą.

– Wobec tego proszę wybrać ze swych wspomnień to jedno, kluczowe, którego zmiana spowoduje, że stworzy pan sobie alternatywny świat bez swojej dziewczyny.

Przybecki zamyślił się głęboko i dłuższą chwilę milczał.

– To by musiał być moment, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz w Starym Browarze. Od tego się zaczęło. Już wtedy się w niej zakochałem.

– No proszę. – Doktor uśmiechnął się szeroko. – Mamy już jakiś początek. Skupimy się na tym zdarzeniu. Proszę wrócić do domu i przez kilka dni postarać się stworzyć w wyobraźni scenariusz, co by się stało, gdyby pan nie poszedł wtedy na to spotkanie. Jak będzie pan gotów, to proszę się ponownie do mnie zgłosić. Przy pomocy niezwykłego projektora zacznę wprowadzać pana w seanse. Proszę być spokojnym. To zupełnie jak w kinie, tylko zamiast filmu będzie pan oglądał własne, zmodyfikowane wspomnienia.

 

*

 

„Teatr Świetlny SŁOŃCE wyświetla w okresie przedświątecznym tylko 2 seanse o godz. 7 i o godz. 9.

P.T. Publiczność zechce łask. zważać na kolejność rzędów i numerację miejsc”.

„Dziennik Poznański” nr 293 z 22 grudnia 1927 r.

 

Właściciel kina „Słońce” Stefan Kałamajski jak zwykle po skończeniu ostatniego seansu filmowego siedział w kantorku na zapleczu projektorni i atramentowym piórem uzupełniał rozliczenia w księdze bilansowej. Wybudowanie największej sali kinowej w Poznaniu kosztowało go prawie milion złotych. Jednak jeśli interes będzie się tak dobrze rozwijał jak dotychczas, to za dwa, trzy lata powinien się zacząć zwracać. Ta myśl radowała wielce Kałamajskiego i sprawiała, że nieco lżej oddychał. Kończył już zliczanie, gdy usłyszał delikatne pukanie do drzwi i nieśmiały głos kobiecy.

– Dobry wieczór. Nazywam się Michalina Bonczyk. Chciałabym rozmawiać z dyrektorem kina.

Kałamajski wstał i otworzył drzwi. Stała przed nim zgrabna, tak na oko trzydziestoletnia kobieta ubrana w zgrabną jasnozieloną garsonkę z białym kwiatem przypiętym na lewej piersi. W ręce trzymała białą torebkę. Na jej głowie spoczywał modny biały toczek z czarną woalką.

– Dobry wieczór, szanowna pani. Stefan Kałamajski, właściciel. – Dyrektor, ukłoniwszy się nieco przesadnie, uchwycił dłoń kobiety i nachylił się do pocałunku. Michalina szybko cofnęła rękę, wobec czego dyrektorski cmok zawisł w powietrzu.

– Cóż… – Kałamajski wyprostował się i uchwycił stojące przy biurku krzesło. – Proszę łaskawie usiąść. Czym mogę służyć?

– Znałam pana stryja, świętej pamięci Michała Michalskiego. Miał tu obok, przy ulicy Kantaka, kawiarnię i swój własny kinoteatr. – Michalina przysiadła na brzegu krzesła i skrzyżowała dłonie na białej torebce. – Wie pan, że przyszłam na świat na zapleczu tejże kawiarni? Moja mamusia zaczęła rodzić podczas projekcji filmowej. A pan Michalski, który się nami zajął podczas porodu, został później moim ojcem chrzestnym.

– Doprawdy? – Zdziwił się szczerze. – A to ci ciekawostka. Kamienica przy ulicy Kantaka należy teraz do mnie. Niestety kawiarni już nie prowadzę. Rozwijam za to, jak szanowna pani widzi, interes kinowy. Czy przyszła pani tutaj, żeby trochę powspominać?

– Poniekąd. Dowiedziałam się niedawno, że to pan odziedziczył spadek po stryju. – Michalina patrzyła dyrektorowi Kałamajskiemu śmiało w oczy. Ten lekko się nadął i już miał coś rzec, ale ona go ubiegła. – Proszę się nie obawiać, nie mam żadnych roszczeń wobec spadku. Chodzi mi o coś zupełnie innego. O stary projektor.

– Tak?

– Podobno używa pan nadal zabytkowego projektora, który pan Michalski nabył we Francji. Plotka głosi, że organizuje pan zamknięte seanse dla znajomych i rodziny. Cóż… Ponieważ byłam chrześnicą pańskiego stryja, mogę uważać się poniekąd za członka rodziny… Panie dyrektorze, powiem otwarcie. Chciałabym uczestniczyć w tych seansach. Nawet nie wie pan, jakie to dla mnie ważne. Nie chodzi mi o filmy, ale o samo uczestniczenie w seansach, o przebywanie w tym samym pomieszczeniu co działający projektor. Czy pan to rozumie?

– Przyzna pani, że to dość dziwne życzenie. – Stefan Kałamajski zamyślił się głęboko. – Nie wiem, pani Michalino, czy zdaje sobie pani sprawę, że te seanse mają pewną właściwość… nie do końca określoną. Niektórzy uczestnicy dziwnie reagują na projekcje. Dlatego nie każdy się na nie nadaje.

– Doskonale wiem, co się dzieje podczas seansów. Dla mnie moją one ogromne znaczenie sentymentalne. Przywołują wspomnienia kogoś bardzo mi drogiego, kto już niestety nie żyje. Dlatego tak bardzo mi zależy na uczestnictwie. Proszę to dla mnie zrobić, choćby przez pamięć o pańskim stryju. On pozwalał mi przychodzić na te seanse.

– No tak… – Dyrektor lekko się uśmiechnął. – Trudno odmówić tak ślicznie proszącym oczętom. Zapraszam zatem na najbliższą projekcję. W piątek o szóstej po południu. W moim mieszkaniu, w kamienicy przy ulicy Kantaka. Adres zna już pani dobrze.

– Oczywiście, panie dyrektorze. Bardzo panu jestem wdzięczna.

 

*

 

Albert Renert, nerwowo pojękując, przechadzał się wzdłuż swojego obszernego gabinetu. Chciał zebrać myśli, ale te uciekały od niego i sprawiały, że popadał w coraz większą panikę. Drzwi otworzyły się po cichu i do środka weszła recepcjonistka Monika.

– Załatwione. Znajoma przywiozła ze szpitala kroplówkę. Już ją podłączyliśmy do pacjenta. Na razie możemy zrobić tylko tyle. Milczenie lekarki będzie jednak pana sporo kosztowało. No, ale przynajmniej pacjent nie umrze nam z odwodnienia. Przydałyby się jeszcze materace antyodleżynowe.

– Dobrze, załatw je – westchnął ciężko Renert. – Ale co dalej? Przesadziłem, droga Moniczko. Za bardzo pozwoliłem mu odjechać z tą jego obsesją utraconej miłości. Ostrzegałem, że wczesne wspomnienia są groźne i nie bardzo nadają się do modyfikacji. Pierwszy raz mam do czynienia z tak drastycznym przypadkiem zapaści. Nigdy przedtem żaden z pacjentów nie tracił przytomności w czasie seansu. Nie rozumiem…

– Może to jednak zgłosić na pogotowie – zaproponowała po chwili milczenia Monika. Doktor zmierzył ją piorunującym spojrzeniem.

– W żadnym wypadku. Zacznie się dochodzenie i zabiorą mi projektor. Będę musiał zamknąć interes, a i ty stracisz pracę. Chyba nie chcesz tego…

– No nie. – Monika spuściła wzrok i zaczęła się powoli wycofywać w stronę wyjścia. Doktor powstrzymał ją jednak. Zaczął mówić, patrząc w stronę okna.

– Żałuję, że zgodziłem się na tę terapię. I jeszcze sam proponowałem Przybeckiemu wydłużenie projekcji. Co za nieostrożność z mojej strony. Ten człowiek był niebezpieczny ze swoim poczuciem winy. Podejrzewam, że on nie chciał wcale modyfikować swoich wspomnień. Oszukał mnie, mówiąc, że ma alternatywny scenariusz. Jemu widocznie zależało na powrocie do tego wycinka czasu, w którym był szczęśliwy ze swoją ukochaną. I teraz utknął we własnym wspomnieniu. Jest mu z nim tak dobrze, że bardzo trudno będzie go stamtąd zabrać.

– To może spróbować wyłączyć projektor – zaproponowała nieśmiało Monika.

– W żadnym wypadku! – Doktor zdecydowanie pokręcił głową. – Nie wiemy, co by się stało z ciałem Przybeckiego. Pozbawiony świadomości mózg mógłby obumrzeć. Nie będziemy robić tu takich eksperymentów. Musimy poczekać, aż jego wspomnienie osłabnie na tyle, że świadomość zechce powrócić do rzeczywistości. To może stać się w każdej chwili. Pozostaje nam tylko bierne oczekiwanie.

W korytarzu zadźwięczał dzwonek do drzwi wejściowych. Monika wyszła z gabinetu. Wróciła po chwili i powiedziała ściszonym głosem:

– Przepraszam, doktorze, ale przyszła pani Bonczyk na swój cotygodniowy seans. Co mam jej powiedzieć?

– No, nie! Problemy zaczynają się nam spiętrzać. – Renert uderzył pięścią w biurko. – Najważniejszy jest Przybecki. Nie ma mowy, żeby teraz go odłączać. Pani Bonczyk musi przyjść za tydzień. Dziś seans odwołany.

– Będzie załamana – jęknęła Monika.

– Trudno, musi to jakoś przeżyć.

 

*

 

Telefon milczał. Michalina Bonczyk siedziała w swoim wygodnym fotelu w domu i wpatrywała się w dach sąsiedniej kamienicy. Doktor Renert obiecał zadzwonić i powiadomić ją, kiedy wreszcie będzie mogła przyjść na seans. Myślała teraz o Stanisławie. Jaka szkoda, że zginął podczas powstania w dziewiętnastym roku. Dostał śmiertelny postrzał podczas walk pod Szubinem. W czasie seansów nie mogła dojść do tego momentu, bo to nie były jej wspomnienia. Miesiąc przed śmiercią Stanisław przyszedł do niej na Młyńską ostatni raz, żeby się pożegnać. Wstąpił na ochotnika do armii generała Dowbora-Muśnickiego, zaraz po tym jak odrzuciła jego oświadczyny. Jaka była wtenczas naiwna, licząc, że dopiero gdy wróci z powstania, to wyjdzie za bohatera. To przez nią ryzykował życie i zginął. Teraz zostały jej tylko seanse projekcyjne. Dzięki modyfikacji wspomnień czuła się najszczęśliwszą osobą na ziemi. Ona i Stanisław byli małżeństwem, żyli i kochali się. Planowali założyć dużą rodzinę. Te wytwarzane co piątek wspomnienia trzymały ją od blisko stu lat przy życiu.

 

*

 

– Komisarz Mroczkowski. – Mężczyzna o wygolonej głowie i pomarszczonej niczym u mopsa twarzy stał w drzwiach gabinetu Alberta Renerta. Wyciągnął z kieszeni policyjny identyfikator i machnął nim przed oczami zaskoczonego doktora. – Wybaczy pan, że przeszkadzam w pracy, ale prowadzę rutynowe dochodzenie w sprawie zaginięcia niejakiego Adriana Przybeckiego.

– W czym mogę panu pomóc? – Doktor ustąpił miejsca i wpuścił komisarza do środka.

– Adrian Przybecki, mężczyzna stanu wolnego, lat dwadzieścia siedem, od miesiąca nie pojawił się w pracy w banku – recytował sucho policjant. – Jego zniknięcie zgłosiła też właścicielka mieszkania przy ulicy Lodowej, które od niej wynajmował. Człowiek przepadł bez śladu, bez wyjaśnienia, nie zapłaciwszy czynszu i nie informując nikogo ani w pracy, ani nikogo z rodziny o swoim zniknięciu. Komórka została w domu.

– Tak? I co ja mam z tym wspólnego? – Renert starał się zachować spokój, ale zdradzało go nerwowe poprawianie opadających na nos zbyt dużych okularów. Drżenia palców też nie udało mu się opanować.

– Czy ma pan coś z tym wspólnego, to się za chwilę okaże. – Komisarz sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął z niej wizytówkę. – Poznaje pan?

– Oczywiście. To moja. – Doktor wyciągnął szybko po nią rękę, ale komisarz jeszcze szybciej schował ją z powrotem do kieszeni.

– Ta wizytówka była w mieszkaniu zaginionego, zawieszona w kącie lustra w korytarzu. Zdaje się, że pan Adrian był pana pacjentem.

– Zdaje się, że chyba tak. – Doktor ściszył głos i opuścił wzrok.

– To nich mi pan teraz powie, gdzie obecnie znajduje się Przybecki. – Na twarzy komisarza pojawił się lekki uśmieszek.

– A dlaczego ja miałbym akurat to wiedzieć?

– Coś mi się zdaje, że jest on od dłuższego czasu u pana.

– Skąd taki absurdalny pomysł?

– Pewna anonimowa osoba zadzwoniła dziś na policję i poinformowała, że od miesiąca w gabinecie przy ulicy Kantaka osiem, mieszkania dziewięć, przetrzymywany jest młody człowiek. Adrian Przybecki zaginął miesiąc temu, a jedyny ślad, dzięki wizytówce i donosowi, doprowadził mnie tu dziś do pana. Czy dobrze dedukuję?

 

*

 

Coraz trudniej było jej się wspinać po schodach. Była zła na doktora Renerta. Nie powinien jej tak zbywać. Michalina uważała siebie za jego najważniejszą pacjentkę, a on już od miesiąca odsyłał ją z kwitkiem z gabinetu. Przecież płaciła mu spore pieniądze, a w zamian miała tylko ten jeden seans w tygodniu. Na szczęście odkąd skończyła sto lat, dostawała z ZUS-u podwyższoną emeryturę. Stać ją więc było na wygórowane ceny. Miała jednak żal, że przez całe życie korzystała z projekcji za darmo, a od czasu, gdy Albert Renert otworzył swój gabinet w kamienicy przy ulicy Kantaka, zaczął pobierać od niej opłatę. Teraz jednak bez seansów czuła się coraz gorzej. Z dnia na dzień Michalina Bonczyk traciła siły. Z coraz większym wysiłkiem pokonywała drogę z domu do gabinetu. W zeszłym tygodniu, po usilnych prośbach, dowiedziała się od recepcjonistki, że w salonie z projektorem jest młody chłopak, który się nie wybudził. Dziś, gdy zadzwoniła z pytaniem, czy może przyjść na seans, recepcjonistka znów powiedziała, że sprawa z młodym pacjentem jeszcze się nie rozwiązała. Michalina straciła cierpliwość i zadzwoniła z donosem na policję. Sama zaś ruszyła w drogę do gabinetu. Czuła, że do następnego piątku bez seansu już nie dożyje.

 

*

 

Doktor Renert i komisarz Mroczkowski stali w sali projekcyjnej. Był to duży, umeblowany w staroświeckim stylu pokój. Solidna drewniana komoda biblioteczna wypełniona starymi woluminami, kredens z połyskującymi szybkami, stolik nakryty koronkowym obrusem, dwa wielkie fotele. Okna były szczelnie zasłonięte ciężkimi kotarami. Pokój rozświetlały dające delikatny blask kinkietowe lampki. Na lewo od wejścia, pod ścianą, na rozłożonej sofie spoczywał w pozycji wpółleżącej młody mężczyzna podłączony wenflonem do kroplówki. Jego twarz zarosła bujnym owłosieniem. Oczy miał otwarte, wpatrzone nieruchomo w punkt na ekranie, który wisiał na rozłożonym stojaku. Obok łóżka na drewnianym statywie stała terkocząca skrzynka z wystającym niewielkim obiektywem. Snop światła sączący się z obiektywu skierowany był na ekran, dokładnie w to miejsce, w które wpatrywał się leżący mężczyzna.

– Co to wszystko znaczy? – Komisarz Mroczkowski patrzył przed siebie wielkimi ze zdziwienia oczami. Przypominał teraz bardziej sowę niż mopsa.

– To jest właśnie mój pacjent, a pana zaginiony. – Doktor Renert przybliżył się do postaci spoczywającej na sofie. – Niestety podczas pierwszego seansu terapeutycznego Adrian odpłynął w strefę swoich niedawnych wspomnień i jak na razie nie ma ochoty wrócić do świata rzeczywistego. Cały czas podtrzymujemy jego funkcje życiowe, mając nadzieję, że w końcu się ocknie.

– Dlaczego on nie jest w szpitalu? Ten człowiek wymaga fachowej pomocy. – Komisarz cofnął się do drzwi i sięgnął do kieszeni spodni po swojego smartfona.

– Ja też jestem lekarzem i wątpię, żeby ktoś mógł mu w obecnym stanie pomóc. Muszę wyjaśnić panu pewną rzecz, komisarzu. Ten pacjent żyje jeszcze tylko dlatego, że znajduje się w tym pokoju i jest podłączony do projektora. Jeżeli go odłączymy lub przeniesiemy w inne miejsce, to bardzo prawdopodobne, że on już nigdy nie powróci do naszego świata.

– Co to za brednie? Dzwonię pod numer ratunkowy. – Mroczkowski przyłożył telefon do ucha.

Renert rzucił się w jego kierunku i chwycił go za rękę.

– Proszę dać mi pięć minut na wyjaśnienie! – krzyknął rozpaczliwie. – Potem pan zrobi to, co uzna za słuszne.

Mroczkowki włożył komórkę do kieszeni. Uspokojony doktor Renert westchnął ciężko i opadł na oparcie fotela.

– Ten gabinet, to mieszkanie otrzymałem w spadku po śmierci mojego dziadka Joachima Renerta. To on zapoczątkował tu tak zwane leczenie przez projekcję. Jego przyjaciel z młodości Stefan Kałamajski był przed wojną właścicielem kina. Wie pan, że na placu Wolności znajdowało się wówczas największe w Poznaniu kino? Nazywało się „Słońce”. Mój dziadek w czasie okupacji pracował jako portier w niemieckim biurze paszportowym. Przez znajomości załatwił Kałamajskiemu potrzebne dokumenty i ułatwił tym samym wyjazd do Szwajcarii. Stefan Kałamajski zostawił mu pod opieką mieszkanie, to, w którym obecnie się znajdujemy. Ponieważ nigdy już nie wrócił do Polski, dziadek Joachim postarał się po wojnie o meldunek. I w ten sposób mieszkanie wraz z meblami dostaliśmy jakby w spadku. Oprócz tego otrzymaliśmy jeszcze ten zabytkowy projektor do wyświetlania filmów.

Policjant podszedł do urządzenia i zaczął mu się bacznie przyglądać. Projektor wyglądał niepozornie. Przypominał małą drewnianą szafkę zamykaną na haczyki z wystającym po boku metalowym obiektywem.

– Jakaś znajoma Kałamajskiego opowiedziała dziadkowi o niezwykłych właściwościach tego aparatu – kontynuował opowieść doktor Renert. – Okazało się, że ludzie, którzy uczestniczyli w seansach filmowych puszczanych z tego projektora, zapadali w dziwne stany odrętwienia. A jeżeli w projektorze nie było taśmy filmowej, na pustym ekranie można było zobaczyć swoje wspomnienia. Mało tego, widzowie wprowadzeni jakby w stan hipnotyczny mogli swoje wspomnienia dowolnie zmieniać i zaczynali w nie wierzyć. Dziadek odkrył, że seanse miały moc tylko w tym pomieszczeniu, w dawnej sali, w której ponad sto lat temu mieściło się zaplecze kawiarni. Dziadek Joachim wykorzystał to miejsce i opracował coś w rodzaju terapii umożliwiającej ludziom nabieranie dystansu do wspomnień, które obciążały ich cierpiące umysły. Nie była to w żadnym wypadku praca naukowa, więc nie mógł tego wykonywać oficjalnie. Dopiero ja, jako psycholog z wykształcenia, odziedziczywszy to wszystko, mogłem otworzyć tu gabinet terapeutyczny z prawdziwego zdarzenia.

– To całkiem ładna historia rodzinna – przerwał nagle komisarz Mroczkowski – ale nadal nie rozumiem, dlaczego przetrzymuje pan od miesiąca człowieka, który jest w śpiączce. Tu trzeba natychmiast wezwać zespół reanimacyjny.

– Panie komisarzu – Renert zerwał się gwałtownie z fotela – już mówiłem. Przybecki żyje tylko dlatego, że jest w tym pokoju. Nie rozumie pan, że to miejsce ma wyjątkową moc. Dzięki nieustannej projekcji on jeszcze żyje, choć to jest życie w jego własnym świecie wewnętrznym. On wymknął się z naszej rzeczywistości i pogrążył w alternatywnym świecie zbudowanym z niedawnych wspomnień. Widocznie świat ukryty głęboko w jego jaźni okazał się bardziej atrakcyjny. Niestety, poza tym pokojem projekcja nie będzie działała. Jeżeli go stąd zabierzemy, to może umrzeć.

– Brednie! – warknął Mroczkowski i jednym przyciskiem wybrał numer ze swojej komórki. – Czołem. Dajcie prędko radiowóz na Kantaka osiem, mieszkanie dziewięć, i wezwijcie karetkę pogotowia. Mamy człowieka w śpiączce, w krytycznym stanie.

– Robi pan duży błąd, komisarzu. – Renert rzucił się w stronę łóżka, na którym spoczywał Adrian Przybecki. Wykonał gest, jakby próbował własnym ciałem zasłonić pacjenta. – Będzie miał pan tego człowieka na sumieniu.

– Pan już go ma. Niech się pan raczej zacznie zastanawiać nad linią swojej obrony. Wkrótce zajmie się panem prokurator. Tymczasem pojedzie pan ze mną na komendę złożyć na piśmie zeznania.

– Nie mogę! Nie mogę zostawić tak tutaj Adriana! – zaczął rozpaczliwie wołać doktor. – On może w każdej chwili wrócić do świadomości.

– Zajmą się nim lekarze z pogotowia. Proszę się ubrać. Idzie pan ze mną.

 

*

 

W poczekalni zrobiło się niezłe zamieszanie. Wpierw pojawił się zespół reanimacyjny karetki pogotowia. Zaraz po nim zameldowało się dwóch policjantów z wezwanego przez komisarza radiowozu. Albert Renert za wszelką cenę starał się nie dopuścić lekarzy do pokoju, w którym znajdował się Przybecki. Kiedy w końcu na polecenie komisarza Mroczkowskiego policjanci skuli doktora kajdankami, ten rozpaczliwie krzyczał do sanitariuszy, aby nie oddzielali chłopaka od projektora. Na próżno. Doktora wyprowadzono do radiowozu.

– Monika, dbaj o projektor, uważaj, żeby nie zginął – krzyknął jeszcze z klatki schodowej Renert.

Chwilę później sanitariusze znieśli na noszach Adriana Przybeckiego. Miał zamknięte oczy.

Monika domknęła drzwi do mieszkania. W poczekalni zrobiło się cicho. Dopiero po chwili spostrzegła, że w kącie siedzi zgarbiona mała staruszka.

– Pani Bonczyk! Ale mnie pani wystraszyła! Jezu! Co się pani stało? Źle pani wygląda. – Recepcjonistka patrzyła z przerażeniem na podniesioną w tym momencie twarz Michaliny. Była ziemistoblada i strasznie pomarszczona. Jej sylwetka skurczyła się. Wyglądała tak, jakby jej nagle przybyło z kilkadziesiąt lat.

– Muszę wejść na projekcję – wyszeptała staruszka. – Proszę, tylko to mnie trzyma jeszcze przy życiu.

– Widzi pani, jakie mamy tu zamieszanie. Policja, pogotowie, zabrali doktora. – Monika rozłożyła bezradnie ręce.

– Proszę… – szepnęła słabym głosem Michalina, a jej oczy zaszkliły się wielką łzą.

– Sama nie wiem… – Monika zawahała się chwilę. – Dobrze, niech pani wejdzie do pokoju i poczeka. Ale bez doktora nie uruchomię projekcji. Już i tak mieliśmy sporo kłopotów przez poprzedniego pacjenta.

– Dziękuję. – Michalina Bonczyk z trudem dźwignęła się z krzesła i truchtając podeszła do drzwi. Otworzyła pokój. Znała go dobrze. Od stu lat nic się tu nie zmieniło. Wciąż ten sam wystrój, ten sam zapach drewna i wypastowanego parkietu. To ją uspokoiło, odetchnęła głęboko.

O dziwo projektor był włączony, a snop światła zamiast na ekran skierowany był na sufit. Michalinie to nie przeszkadzało. Usiadła w fotelu i podniosła głowę w kierunku światła. Jej ukochany Stasiu już tam był. Patrzył na nią, uśmiechał się, ale przecząco kręcił głową. Wciąż był taki młody, przystojny, z tym ostrym jak dwa sztyleciki wąsikiem, z tą bujną czupryną opadającą kosmykiem na prawe oko. A ona, taka stara, niedołężna. Tylko jej serce wciąż, niezmiennie, biło z takim samym zapałem.

Stanisław coś do niej mówił, ale co? Wsłuchiwała się… Do czegoś starał się ją przekonać… Czego on chciał? Wytężyła cały swój umysł, żeby się do niego przybliżyć.

Wreszcie zrozumiała.

Mówił, że już czas…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie

 

Jak Groszek poznawał świat

04 sie

Na początku był Groszek. Samiutki i malutki jak… ziarenko groszku. Po prostu Maluszek. Kiedy rozglądał się dookoła wszystko było większe od niego. Trawa przypominała szumiący las, kwiaty ogromne drzewa, a polne kamienie niebotyczne góry.

Dla Groszka wszystko, co go otaczało było nowe, fascynujące i kolorowe. I choć odczuwał pewien lęk przed nieznanym, był ciekaw otaczającego go świata. Budził się kiedy wstawało Słonko i wyruszał przed siebie, żeby jak najwięcej tego dnia poznać. A kiedy dzień miał się ku zachodowi czuł się już tak senny, że mówił Słonku ,,dobranoc” i kład się spać. Chował się pod wielkim grzybem i okrywał listkiem. Cykanie świerszczy kołysało go do snu. Czasami tuż przed zaśnięciem widział na niebie bielutki Księżyc w otoczeniu lśniących gwiazd. To był jego świat.

 

Groszek i chmury

Mały Groszek dziwił się wielkim chmurom, które wolno sunęły po niebie. Każda miała inny kształt i nie było dwóch takich samych. Maluszka zastanawiało dokąd one zmierzają. Był ciekaw czy można je jeść, albo czy można po nich skakać? Jak dostać się na chmury? Nie wiedział kogo o to wszystko spytać, więc zwrócił się do Słonka.

- Chciałbym wskoczyć na chmurę i zobaczyć dokąd ona leci. Pomożesz mi?

Słonko uśmiechnęło się dobrotliwie i delikatnym promieniem połaskotało Groszka po nosie.

- To nie takie proste Maluszku. Nie potrafisz fruwać tak jak chmura. Ale wiem co możesz zrobić. Idź na brzeg jeziora i popatrz na wodę. W jego toni odbijają się chmury. Może uda ci się jakąś załapać.

Groszek posłuchał rady Słonka i udał się nad jezioro. Rzeczywiście na wodzie odbijały się pierzaste chmurki, które płynęły od brzegu het, het daleko… Maluszek wskoczył by za nimi do wody, ale coś mu się zdawało, że nie potrafił jeszcze pływać. Wpadł więc na pewien pomysł. Z łupiny po kasztanie, którą znalazł w lesie zbudował malutką łódeczkę. Wskoczył do niej i odpychając się gałązką zaczął płynąć w kierunku, w którym podążało odbicie. Woda kołysała łupinką i Groszek mocno się przestraszył. Długo machał gałązką, łupinka okręcała się w koło, a odbicie chmury zniknęło. Na szczęście łupinka przybiła do brzegu.  Zmęczony Groszek położył się na mchu.  Patrzył na niebo. Chmury wydały mu się teraz jakieś takie obrażone i leniwe. Westchnął cicho, zamknął oczy i przysnął.

Śniło mu się, że został królem ze złotą koroną na głowie. Miał długi płaszcz i berło w ręce. Jaskółki chwyciły go za płaszcz i podniosły ku niebu. Osadziły go na najbliższej chmurze. Groszek czuł się jak ktoś naprawdę ważny i duży. Mógł patrzeć na całą ziemię z góry. Wszystko co znajdowało się pod nim było mniejsze od niego. Chmura niosła go delikatnie, dalej i dalej. W pewnym momencie zniżyła się ku wodzie, przechyliła i zrzuciła Groszka do łódki zrobionej z łupiny kasztana. Sama zaś zanurzyła się w wodzie i zniknęła w jej otmętach. Wystraszony Maluszek przebudził się. Zamiast korony miał we włosy wplątane babie lato.

 

Groszek i echo

Mały Groszek zauważył, że echo jest bardzo nie miłe. Był szalenie ciekaw jak ono wygląda, a echo wciąż się przed nim chowało i uciekało.  Wołał ,,hola, hola”, a ono odpowiadało mu ,,Ola, Ola…” Czy to było jego imię? Biegł za tym głosem pokrzykując, ale echo wciąż było szybsze i znikało. W końcu ta gonitwa tak go wymęczyła, że Groszek przystanął i przysiadł na ziemi.

-  Czemu uciekasz? – zawołał Maluszek.

- … ciekasz, ekasz..? – dziwiło się echo.

-  Czy ty mieszkasz tylko w lesie?

- … lesie, esie…..

-  A może na polu?

… olu, olu…

- Ech, z tobą się jakoś dziwnie rozmawia – zniechęcił się Groszek, a echo mu zawtórowało:

-… awia, awia….

- I tak cię złapię – powiedział szeptem Maluszek, poczym wstał i szybko pobiegł w kierunku drzewa. Ale za nim nikogo nie było. Podbiegł do następnego i jeszcze jednego, ale tam też nikogo nie znalazł. Biegł dalej, aż w końcu wybiegł na łąkę. Krzyknął na echo, ale tym razem nie usłyszał odpowiedzi. ,,Pewnie zostało w lesie i nie ma siły już dalej przede mną uciekać” – pomyślał z pewną satysfakcją i dodał tym razem krzycząc na cały głos:

-  Zobaczysz, jak dorosnę to będę biegał szybciej i wtedy na pewno cię dogonię!

 

Groszek rozmawia z Księżycem

 

- Trochę się ciebie boję – powiedział któregoś razu Groszek do Księżyca. –  Gdy się pojawiasz robi się ciemno. Ze strachu zamykam oczy i wtedy zasypiam. Dlaczego tak jest?

Księżyc leniwie otworzył jedno oko i spojrzał na Groszka zdziwiony wielce, że ktoś tak mały może się w ogóle odzywać.

- Tak już zawsze było… Kiedy odchodzi Słonko zabiera ze sobą dzień. Wtedy robi się ciemno i wszyscy idą spać  – odparł po chwili namysłu Księżyc.

- Więc to nie tylko ja, ale wszyscy zasypiają? – zdziwił się Groszek.

- W zasadzie tak. Śpią ludzie, śpią zwierzęta, śpią trawy, drzewa, nawet kwiaty na noc zamykają swoje płatki. Robi się cicho. Zostaję sam.

- Chciałbym popatrzeć co robisz przez noc. Czasami próbuję, ale boję się i zasypiam – Maluszek dyskretnie ziewnął.

- Widzisz, jak tylko wdrapuję się na nieboskłon sypie się ze mnie srebrzysty pyłek snu – powiedział Księżyc.

- Pyłek snu?

- Tak. To z mojego ciemnego płaszcza nocy przetykanego gwiazdami. To stary płaszcz i się trochę z niego sypie. Nic na to nie poradzę. Pyłek opada na całą ziemię. Na kogo spadnie ten czuje się senny i zawsze zasypia. Trochę mi przykro, bo przez całą noc chodzę po niebie i nie mam z kim pogadać. Czasami patrzę na chmury, bo one nie śpią i wciąż dokądś płyną. Zastanawiam się dokąd.

-  Hmm, ja też – rzekł Groszek i potężnie ziewnął.

- Widzę, że pyłek snu dotknął i ciebie Maluszku – stwierdził ze smutkiem Księżyc i zamilkł na chwilę.

- Opowiedz mi proszę o swoich podróżach po niebie, może wtedy nie będę się bał nocy i nie zasnę.

Mały Groszek miał już przymknięte powieki i mówił coraz ciszej.

- No cóż, długo mógłbym ci opowiadać. Jak tak chodzę samotnie po niebie, to mam mnóstwo wolnego czasu. Rozmyślam wtedy. Myślę o wielu istotnych i błahych sprawach. Zastanawiam się na przykład, czy Słońce nie chciałoby zamienić się ze mną rolami. Ja bym wchodził nad ziemię za dnia, a ono w nocy. Ale czy wtedy dzień byłby dniem, a noc nocą, czy odwrotnie noc dniem a dzień nocą? A ty jak sądzisz Maluszku?

Ale Maluszek nie dosłyszał już pytania Księżyca. Zasnął spokojnym snem.

 

Groszek poznaje Mamę i Tatę

 

Małemu Groszkowi podobało się wszystko, co go otaczało. Jednak często ogarniało go dziwne uczucie samotności. Chciałby się do kogoś przytulić, chciał aby go ktoś pogłaskał, ucałował na dobranoc. Chciałby też przestać się bać.

Pod koniec dnia zapytał Słoneczka czy to dobrze być samemu na świecie. Słonko uśmiechnęło się do niego dobrotliwie i rzekło:

-  Zamknij oczy i sięgnij pamięcią jak tylko potrafisz najdalej. Usłyszysz wtedy równy rytm wybijany jednostajnie jakby ktoś uderzał w bębenek. Ten odgłos utuli cię do snu i poczujesz się bardzo bezpiecznie.

Groszek posłuchał rady Słoneczka i zamknąwszy oczy i próbował sobie przypomnieć najpierwszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszało. Po dłuższej chwili rzeczywiście zdało mu się, że słyszy rytmiczne: bum, bum, bum, bum… Poczuł ogromną błogość i wkrótce zasnął. Spał spokojnie, a nawet od czasu do czasu uśmiechał się przez sen.

Rano zaraz po przebudzeniu spojrzał na Słonko i zawołał radośnie:

-  To było wspaniałe! Czułem się jakby ktoś przy mnie był. Jak to możliwe? Co to było?

-  Widzisz Malutki, to był odgłos bicia serca Mamy – odpowiedziało Słonko.

-  To ja mam Mamę? – Groszek aż wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.

-  Masz Mamę i masz Tatę. To twoi rodzice.

-  Jak ich mogę zobaczyć?

- Widzisz, bicie serca Mamy to twoje najwcześniejsze wspomnienie. Nie widziałeś go, ale czułeś. Musisz więc dziś przed zaśnięciem znów pomyśleć o czymś najmilszym na świecie. Musisz z całych sił pragnąć zobaczyć Mamę i Tatę. Jeśli będziesz pragnął bardzo gorąco, to Oni ci się przyśnią. Na pewno.

Groszek wpadł w radosny szał. Nie mógł doczekać się wieczoru. Biegał po łące, wskakiwał na pagórki, wchodził na gałęzie drzew i z niecierpliwością wyczekiwał Księżyca. Nie mógł sobie wyobrazić jak to będzie, gdy przyśnią mu się Rodzice. Czy ich pozna? Czy Oni rozpoznają jego?

W końcu na niebie Słonko ustąpiło miejsca srebrzystemu Księżycowi. Mały Groszek położył się na mchu pod grzybem, ale długo nie mógł zasnąć. Miał tyle obaw i był tak niecierpliwy. Nie mógł przypomnieć sobie co jest jego najmilszym wspomnieniem. W końcu do jego myśli zaczęło dochodzić rytmiczne: bum, bum, bum, bum…

Maluszek poczuł delikatne łaskotanie na twarzy. Czyjaś miękka dłoń przesunęła się po jego policzku. Leniwie otworzył oczy. ,,Nic mi się nie przyśniło” – pomyślał w pierwszej chwili. W tym samym jednak momencie ujrzał nad sobą najpiękniejszą twarz na świecie. Patrzyły na niego oczy pełne miłości, uśmiechały się do niego usta pełne słodyczy. Nie musiał nic mówić. Już wiedział – to była Mama. Poczuł w sobie tak wielką i niewypowiedzianą moc tęsknego uczucia, że kiedy próbował coś powiedzieć, to zamiast słów z jego piersi wydobył się głośny okrzyk, a oczy trysnęły łzami. Płakał głośno, na całego. Mama nie przestawała patrzeć na niego z uśmiechem. Gładziła dłonią jego twarz, włoski, ocierała wilgotne kropelki łez.

Jakby radości było za mało, obok Mamy Groszek ujrzał drugą uśmiechniętą i wpatrzoną w niego twarz. ,,To musi być Tata” – pomyślał Maluszek i rozpłakał się jeszcze głośniej. Tata dotykał jego twarzy, rączek i stóp. Dotyk Taty nie był tak miękki jak dłoń Mamy, ale było w nim tyle ciepła i troskliwości, że Mały Groszek pomyślał, że o sto razy bardziej wolałby spać z w takich dłoniach, niż na najbardziej wygodnym mchu.

To nie był sen.  Rozejrzał się dookoła. Las, trawa, chmury gdzieś zniknęły. Nie leżał już pod grzybem. Czuł za to miękkość pościeli i ciepło kołderki.  Było tak dobrze, tak bezpiecznie. Nie musiał się już bać. Nie był sam, więc świat go nie przerażał. Miał przecież swoją Mamę i Tatę.

 

Bajka dla Marysi o słodkiej Cioci Wisi

13 lut

Na skraju wioski domek malutki

stoi niebieski w polu samiutki,

w nim zamieszkuje Ciotunia Wisia,

którą uwielbia mała Marysia.

 

Zaraz pręciutko wam tu nadmienię,

skądże się bierze to uwielbienie.

Bo dla Marysi, jak dobrze wiemy,

ciocia zaprawia przepyszne dżemy.

 

A to rarytas nie byle jaki:

różne składniki, nieziemskie smaki

i konfitury i marmolady,

słodkie powidła, z lukrem pomady.

 

Mała Marysia oczkami kreci,

bo ją aromat przyjemnie nęci

i małą rączkę z łyżką podnosi

o truskawkowy dżemik poprosi.

 

Ciocia uśmiecha się dobrotliwie -

- dziś Maryś droga ciebie zadziwię,

przepis z dalekiej wzięłam podróży,

to konfitura z japońskiej róży.

 

Gdy byłam jeszcze młodą dziewczyną,

wsiadłam na statek, który wypłynął

w daleką podróż, w Orientu strony -

- pomysł to przyznam iście szalony!

 

Płynęłam długo, kilka miesięcy,

widziałam równik i koniec tęczy,

syreny morskie i morskie słonie

skrzydlate ryby i wodne konie.

 

Lecz dnia pewnego, było to w maju,

wysiadałam na ląd,w porcie w Dubaju.

Tam pewien lekarz, Japończyk Tiko,

leczył dżemami chorych za friko.

 

A że mnie głowa bardzo bolała

przyszła mi oto myśl taka śmiała:

pójdę do niego, zasięgnę radę,

może zapisze mi marmoladę.

 

Japończyk Tiko jak mnie zobaczył

bez słowa dżemem szybko uraczył.

Dał do zjedzenia słoik niemały,

a jak go zjadłam bóle ustały.

 

Pytałam później tego magika,

jakiego to on użył składnika,

że tak po prostu ta konfitura

leczy z choroby jako mikstura.

 

On tajemnice chętnie mi zdradził,

pokazał ogród w którym zasadził

japońskiej róży krzaczek ozdobny,

który gdy kwitnie ma owoc drobny.

 

I dał mi wtedy na pożegnanie

owocu tego po brzegi w dzbanie.

Przewiozłam dar ten ja po kryjomu,

tak oto trafił tutaj do domu.

 

Teraz Marysiu widzisz kochanie

jakie jest moje o cię zadbanie,

posłuchaj teraz swą starą ciotkę:

to co jest zdrowe może być słodkie.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiersz o Zosi co psa za ogon tarmosi

12 lut

Drako to piesek cioci Beaty,

jest czarno-szary, bez żadnej łaty,

biega i skacze jak oszalały,

chciałby być duży, ale jest mały.

 

Ot, taki w sam raz dla małej Zosi,

która za ogon go wciąż tarmosi

i choć widuje go na czas jaki,

oboje broją jak rozrabiaki.

 

Kiedy za drzwiami słychać już kroki

Drako podniebne wyczynia skoki

i robi przy tym nieziemską wrzawę,

wyczuwa nosem świetną zabawę.

 

Gdy Zosia piszczy on podskakuje,

kiedy go goni pod stół nurkuje,

a choć czasami Drako zaszczeka,

Zosia nie płacze i nie ucieka.

 

Bywa, że karmi go prosto z ręki,

Drakuś przymilne wydaje dźwięki,

waruje wtedy przy nodze Zosi

błagalny wzrokiem o więcej prosi.

 

Zosia więc sięga do  jego miski,

bo chce mieć z Drakiem kontakt dość bliski,

wsypuje chlebka tam okruszyny,

wzbudzając szczery ubaw rodziny.

 

U Zosi teraz poważna minka,

bo chociaż jest z niej mała dziewczynka,

ma już ambitne pomysły w planie,

między innymi psów hodowanie.

 

Co na to tatuś? Co jej odpowie?

Nerwowo drapie się już po głowie:

-    piękne to plany, jednak wszelako,

niechaj ci Zosiu wystarczy Drako.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS