RSS
 

APETYT NA KACZKĘ Z PYZAMI

08 maj

Coś musiało pójść nie tak. Odkąd Hipolit Gut znalazł się w toalecie na przystanku Pestki pod Kaponierą odczuwał pewien niepokojący dyskomfort. Prezent, który zafundował sobie i żonie z okazji dwudziestej rocznicy ślubu mógł się okazać najgłupszą rzeczą jaką w życiu wymyślił. A miało być tak wyjątkowo, tak romantycznie…

Podpisując umowę z firmą WP Co. przyjął do wiadomości, że może liczyć się z pewnymi skutkami ubocznymi związanymi z transferem osobowym w czasie. Firma dawała 99 procent gwarancji, że wszystko przebiegnie zgodnie z założonym planem. Tymczasem to, że sterczał teraz w męskiej ubikacji w stylu wczesnego XXI wieku, zamiast w eleganckiej restauracji w Hotelu Bazar w latach 20-stych wieku XX, świadczyć mogło, że jednak stał się ofiarą owego nieszczęsnego procenta nieobjętego gwarancją. Nawet nie samo miejsce go tak niepokoiło, jak to, że nie było przy nim żony Leoniki. A przecież transfer odbywał się równocześnie, w tej samej nanosekundzie. Teraz jednak był sam, zagubiony w publicznej toalecie.

Hipolit starał się zapanować nad stresem. Jeszcze parę godzin temu był wielce szanowanym mieszkańcem metropolii. Prowadził najlepszą restaurację w centrum. Jego wyszukane potrawy, które serwował gościom, oparte były na autorskich mutacjach genetycznych selektywnie dobranych składników odżywczych. Oczywiście na takie przysmaki stać było tylko bogatych klientów. Dochody z restauracji pozwalały mu wieść całkiem zasobne życie i stać go było na pewne ekstrawagancje. A ponieważ zbliżała się dwudziesta rocznica udanego pożycia małżeńskiego z Leoniką, postanowił po raz pierwszy w swym życiu zrobić coś szalonego. Nie chciał, tak jak to mieli w zwyczaju inni bogaci obywatele, zabierać małżonki na ekskluzywną wycieczkę na księżyc. Chciał wydać pieniądze na coś wyjątkowego, coś czego później zazdrościliby mu wszyscy znajomi. Dlatego zaintrygowało go spersonalizowane ogłoszenie firmy WYJĄTKOWY PREZENT CORPORATION. Firma w oparciu o najnowsze techniki zakrzywienia wymiarów czasowych oferowała tematyczne podróże w przeszłość. W zależności od pakietu można było wybrać przeróżne opcje, na przykład: wizytę w rzymskiej łaźni, godzinny pobyt w średniowiecznym zamku, czy udział w zdobyciu Bastylii podczas rewolucji francuskiej. Hipolit jednak, zgodnie zresztą ze swymi własnymi fascynacjami, skusił się na kulinarną przygodę w ekskluzywnej restauracji z początku XX wieku. Pragnął zafundować żonie i sobie niezapomniane doznania smakowe oparte o możliwość skosztowania potraw stworzonych z naturalnego białka roślinnego i zwierzęcego. Leonika, gdy dowiedziała się o prezencie jaki szykował dla niej mąż, wpadła w niezwykły jak na nią stan podniecenia.

Zaniepokojony Hipolit siedząc w kabinie toaletowej spoglądał wciąż na antyczny zegarek kieszonkowy na złotym łańcuszku, w który został wyposażony przed podróżą. Kiedy minęła godzina i nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło zrozumiał, że sytuacja robi się coraz bardziej beznadziejna. Musiał zacząć działać. Dalsze siedzenie w miejscu, gdzie niezbyt przyjemny odór drażnił jego nozdrza, nie miało sensu. Trzeba było się ruszyć, zwłaszcza, że zaczął odczuwać pierwsze symptomy głodu. W końcu opuścił toaletę. Widok żywych ludzi stojących na platformie, która zapewne była jakimś postojem transportowym, wywołał w nim odruch niczym nieuzasadnionego strachu. Jeszcze bardziej przeraził go sunący po torach zielony pojazd elektryczny, zwany niegdyś tramwajem. Gut spostrzegł, że ludzie przyglądają mu się uważnie. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że paraduje w stroju niezbyt pasującym do epoki, w której się znalazł. Firma WP Co. przed wysłaniem jego i małżonki w przeszłość zadbała o wszelkie stosowne detale, w tym także o odpowiednie ubrania. On został ubrany w brązowy prążkowy garnitur w stylu angielskim i kapelusz z szerokim rondem. Leonika, gdy zobaczyła jego przebranie dostała prawdziwego ataku śmiechu. Natomiast ona sama w kremowym żakiecie i czarnej spódniczce do kolan oraz czarnym toczku z woalką na głowie wyglądała zjawiskowo. I gdzież teraz była jego zjawiskowa Leonika? Hipolit czuł wielki niepokój.

Ruchomymi schodami wyjechał na powierzchnię. Owionął go powiew rześkiego powietrza. I wtedy po raz pierwszy od czasu transferu na ustach Hipolita zawitał uśmiech. Co za ulga móc odetchnąć, naturalnym, prastarym powietrzem! To było niesamowite uczucie. Łykał tlen wielkimi haustami, tak jakby chciał napompować do syta swoje płuca. Obejrzał się dookoła. Stał pośrodku ruchliwego miasta z początku XXI wieku. Fantastyczne doznanie!

,,A więc tak to kiedyś wyglądało” – pomyślał i ruszył powoli przed siebie. Widok pędzących po asfaltowej drodze pojazdów na ropę wprawił Hipolita w stan radosnego podniecenia. Oto spełniały się jego marzenia. Mógł namacalnie dotknąć starego świata. Stres powoli ustępował miejsca narastającej fascynacji. Idąc wzdłuż elektrycznej trakcji tramwaju doszedł do zielonej budki przy moście. W nozdrzach poczuł nęcący zapach, który ostro podziałał na jego ślinotok. Na szybie widniał napis ,,HOT-DOG MAX 8 zł”. Podniecenie Hipolita sięgnęło zenitu. Oto stał przed punktem żywieniowym, który sprzedawał prehistoryczne dania. Sięgnął do kieszeni marynarki. Dobrze, że WP Co. wyposażyła go w specjalistyczny portfel wydruku. Wystarczyło tylko wpisać na ekranie dowolną datę, a portfel sam wydrukowywał obowiązujące w danym czasie banknoty. Gut wpisał dla bezpieczeństwa rok 2000 i wyciągnął podłużny papierek o nominale 100 złotych. Zakupił hot-doga max i pochłonął go w mig. Potem kupił jeszcze drugiego i trzeciego…

Te cudowne doznania kulinarne w nowym świecie natchnęły Hipolita myślą, aby korzystać z okazji i ruszyć na miasto w poszukiwaniu kolejnych smakowych przygód. Przede wszystkim jednak postanowił odnaleźć Hotel Bazar i tam ewentualnie poszukać swojej małżonki Leoniki.

Idąc przez miasto minął gmach Opery, który znał z historycznych przekazów. Naprzeciw znajdował się park z fontanną po środku. Postanowił podejść do starszej kobiety siedzącej na ławce pod wielkim drzewem. Poprosił ją o wskazanie drogi do Hotelu Bazar.

- Ależ pan szykownie wygląda. Mój ojciec też miał kiedyś taki garnitur – powiedziała na jego widok staruszka. – Urwał się pan z jakiegoś filmu, czy z teatru?

Gut nie bardzo zrozumiał, co kobieta miała na myśli, ale wolał nie wdawać się z nią w dyskusję. Uzyskawszy wskazówkę co do dalszego marszu postanowił po drodze nabyć jakiś współczesny strój, aby nie wyróżniać się za bardzo z tłumu. Znalezienie odpowiedniego punktu sprzedaży zajęło mu trochę czasu. Na szczęście trafił do miejsca, które nazywało się ,,Second Hand from London”, gdzie za cenę trzech hot-dogów nabył rzeczy na swoją miarę: niebieskie spodnie typu jeans, granatową koszulę i czarny zapinany na guziki lekki sweter.

Wkrótce dotarł do hotelu. Po krótkiej wymianie zdań z młodą recepcjonistką wynajął pokój. Zdziwił się jednak, że kwota, którą od niego zażądano była dziesięciokrotnie większa od ceny trzech hot-dogów. Na szczęście portfel bez sprzeciwu drukował kolejne papierowe banknoty. Hipolit obszedł cały budynek hotelowy w poszukiwaniu Leoniki, ale nie natrafił na żaden jej ślad. Na pocieszenie udał się do restauracji i zamówił obiad. Długo wpatrywał się w menu zanim zdecydował się na tatar z polędwicy wołowej, krem z pomidorów i to co go najbardziej zaintrygowało, czyli pół kaczki z pyzami w sosie maderowym. Na deser zamówił creme brulée.

            Najedzony czuł wielką błogość i zadowolenie. Choć trafił w niewłaściwy czas, to jednak jego marzenia spełniały się i to z nawiązką. Ostatnie doznania kulinarne były bodajże najwspanialszą rzeczą, jaką przeżył w swoim życiu. Mimo to, nie zamierzał pozostać tu na zawsze. Pragnął wrócić do siebie, do metropolii, nawet jeżeli nie miał już nigdy więcej wdychać tak rześkiego powietrza i smakować kruchutkiego kaczego mięsa w sosie maderowym. Instrukcja ratunkowa, którą próbował sobie teraz przypomnieć zakładała, że w razie jakiś problemów z transferem miał udać się do najstarszego budynku w mieście i tam oczekiwać na otwarcie kanałów czasowych. Specjaliści z WP Co. wyznaczyli dla niego i żony punkt ratunkowy w katedrze na Ostrowie Tumskim. Hipolit Gut po obfitym posiłku czuł się jednak na tyle ociężały, że przed wyruszeniem w dalszą drogę postanowił nieco odpocząć w wynajętym pokoju hotelowym. Choć początek jego przygody życia kosztował go dużo nerwów i stresu, to teraz nabierał więcej optymizmu. Wierzył, że wszystko się jeszcze dobrze ułoży. Specjaliści od transferu czasowego na pewno nie zostawią go w tych prymitywnych czasach, a Leonika też się w końcu odnajdzie. Gut leżał na łóżku i rozmyślał. Z tego myślenia zrodziła się senność i sam nawet nie wiedział w którym momencie zasnął.

            Obudził go tubalny odgłos trzasku. Zerwał się na nogi. Wokół panowała kompletna ciemność. Czuł jak zatykają się mu uszy wskutek wzrostu ciśnienia tętniczego. W głowie świszczało i miał wrażenie, że podłoga pod jego stopami wiruje. Nagle wszystko się skończyło. W pokoju zrobiło się jasno, ból głowy ustał, podłoga przestała wibrować. Hipolit rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie w którym się znajdował poza kubaturą w niczym nie przypominało pokoju w którym zasnął. Gołe, niepomalowane ściany, brak jakichkolwiek mebli, na podłodze rozpadające się drewniane klepki. Przestraszony otworzył drzwi i wybiegł na korytarz. Jednak i tu wszystko się pozmieniało. To, co jeszcze niedawno było wnętrzami eleganckiego hotelu, teraz wyglądało tak, jakby przeszła tędy trąba powietrzna. Odrapane ściany, żelazne rusztowania, gruz, sterty cegieł i desek. Schodami zbiegł na dół. Tam gdzie była recepcja siedział wąsaty grubas we flanelowej koszuli w kratkę. Trzymał w ustach podłużny, zaokrąglony przedmiot, który lekko się żarzył i z którego unosił się drażniący nozdrza dym. Mężczyzna spojrzał zdziwiony na Hipolita i odłożywszy żarzący rulonik na spodek pełen popiołu wykrzyknął:

- Hej gościu, co tu robisz? To teren budowy, nie wolno tu przebywać bez zezwolenia. Nawet nie chcę wiedzieć jak tu wszedłeś. Albo stąd natychmiast znikasz, albo wzywam milicję.

            Gut był w szoku. Nie bardzo wiedział, co się stało. Bąknął tylko ,,przepraszam” i wybiegł przez drzwi frontowe na zewnątrz. Także i tu wiele się zmieniło. Zaczął iść ulicą, którą wczoraj dotarł do hotelu. Z placu naprzeciw zniknęła przeszklona bryła fontanny. Budynki wokół były jakieś poszarzałe, zniszczone. Sam Bazar przysłonięty był rusztowaniem. Kształty pojazdów mechanicznych również się zmieniły. Były takie bardziej kanciaste i mało kolorowe. Przechodnie, którzy go mijali również byli ubrani nieco inaczej. Hipolit zaczął podejrzewać, że ów trzask, który go wybudził mógł oznaczać, że znów został przerzucony w czasie. Czyżby WP Co. podjęła próbę ściągnięcia go do właściwego wymiaru czasu? Tylko dlaczego ta próba się nie powiodła i do jakiego wymiaru został przerzucony? Na placu stała budka w której sprzedawano papierowe niusy, czyli starożytne gazety. Sięgnął do portfela po ostatni banknot 10-cio złotowy jaki mu został i podał siedzącej w budce kobiecie.

- Po…proszę gazetę – wyjąkał. Kobieta chwyciła banknot i zaczęła oglądać go pod światło.

- Panie, co to za wygłupy! Chcesz mi pan wcisnąć fałszywe pieniądze z paczki andrutów, czy co? Ślepa nie jestem.

- Przepraszam, ale jestem… jakby z innego świata – wydukał Hipolit. – Pomyliłem banknoty. Ile kosztuje gazeta?

- Aaa… Pan dewizowiec, co? Chodzi panu o tą nową gazetę solidarnościową? Pewnie dawno pana w kraju nie było, a tu takie zmiany. – Kobieta położyła mu pod nosem gęsto zadrukowany czarnymi czcionkami arkusz miękkiego papieru i mrugnęła porozumiewawczo. – ,,Wyborcza” jest po 400 złotych.

Gut zerknął na datę wydrukowaną pod tytułem gazety: 21 czerwca 1989 r. Poczuł bolesne ukłucie w okolicach serca. Z XXI wieku trafił do wieku XX. Zatem cofa się w czasie. Wydrukował z portfela odpowiednie banknoty i podał kioskarce. Z konsternacją stwierdził, że za gazetę zapłacił więcej niż za wczorajszy nocleg w hotelu. Dziwne czasy… Mimo wszystko jednak coś w jego sytuacji się zmieniało. Jest zatem nadzieja, że kolejny przeskok pozwoli mu wrócić do swoich czasów. Do Bazaru nie mógł już wejść. Hotel był w remoncie. Musiał więc dostać się do katedry i tam czekać na transfer ratunkowy. Tymczasem poczuł ssanie w żołądku. Hipolit uznał, że skoro i tak już utknął w kolejnej epoce, to warto by było skosztować tu coś dobrego.

            Szedł przed siebie i rozglądał się bacznie dookoła za jakimś czynnym o poranku punktem żywieniowym. Trudno było jednak coś wypatrzeć. Ulice zmieniły wygląd. W pewnym momencie zauważył trójkę młodych ludzi, którzy mówili między sobą coś o jedzeniu. Podążył dyskretnie za nimi i wkrótce stanął przed wielkim napisem ,,Bar Mleczny Pod Arkadami”. Z lokalu wydobywał się ostry zapach, choć już nie tak przyjemny, ani nie tak nęcący jak z restauracji w Bazarze. Wszedł do środka i trafił na spory tłum ludzi, którzy w pośpiechu spożywali mało wyszukane potrawy. Ustawił się w kolejce do kasy, tuż za młodymi ludźmi. Postanowił zamówić ,,danie dnia”, czyli zupę pomidorową z ryżem i leniwe z masłem. Posiłek otrzymał natychmiast po zamówieniu. Wyszukał wolne krzesło przy stoliku i dosiadł się do osób spożywających jedzenie w milczeniu. Zupa była mocno przesolona, a leniwe okazały się być lepką masą usmażoną zapewne z mąki. Polanie tej masy roztopionym tłuszczem zdaniem Guta było mało dietetyczne, ale uatrakcyjniało je smakowo. Sposób serwowania dań był nieelegancki, a sam lokal robił przygnębiające wrażenie. Jednak pełen żołądek wprowadził Hipolita w stan samozadowolenia i wzbudził w nim chęć do dalszego działania. Poprosił swoich sąsiadów ze stolika o wskazanie drogi do katedry i wkrótce ruszył w dalszą drogę.

            Po dziesięciu minutach dotarł do mostu nad Wartą. Trudno mu było uwierzyć ile  dzikiej przestrzeni roztaczało się wokół rzeki. W jego czasach Warta była zabudowanym, podziemnym ciekiem wodnym. Po drugiej stronie rzeki prężyły się ku niebu wysmukłe wieże średniowiecznej katedry. Hipolit skierował żwawo swe kroki ku świątyni. Główne drzwi były zamknięte, ale zauważył, że jakaś kobieta weszła do środka przez boczne wejście z prawej strony. Wszedł za nią. To co ujrzał zaskoczyło go kompletnie. Nigdy w życiu nie przebywał w tak przestronnym pomieszczeniu. Nabożna cisza panująca wokół sprawiła, że przysiadł na brzegu drewnianej ławki. To było coś jak sala muzeum, tyle tylko, że bez hologramowych projekcji. Urzeczony wpatrywał się w pozłacane rzeźby na ołtarzu. Nie zauważył, że kobieta siedząca po drugiej stronie świątyni przypatrywała mu się intensywnie od dłuższego czasu. W pewnym momencie wstała i podeszła do niego od tyłu.

- Hipolit, to naprawdę ty?

Gut usłyszawszy szept obejrzał się za siebie. W niebieskim płaszczu z kreszu i w czarnym berecie na głowie stała przed nim jego żona Leonika. Spod przyciemnianych okularów patrzyła na niego piorunującym spojrzeniem.

- Leonia! Wiedziałem, że się odnajdziemy! – Krzyknął i rzucił się objąć małżonkę. Leonika jednak próbowała wyrwać się z jego uścisku.

- Mam nadzieję, że masz pomysł jak wrócić do naszych czasów. Cholernie mi się tu nie podoba – syknęła. – Utknęłam nie w tych czasach, które były zaplanowane. Dobrze, że chociaż mogłam kupić jakieś pasujące do tej epoki ciuchy. Ładną niespodziankę mi zafundowałeś.

- Tak wiem, kochana, przepraszam. Obiecuję, wydostaniemy się stąd. Chyba już próbują nas ściągnąć do naszych czasów. Musimy tylko poczekać na transfer ratunkowy.      

Ich rozmowa wzbudziła zainteresowanie kilku osób siedzących w kościelnych ławkach.

- Chodź, wyjdźmy z tego miejsca, porozmawiajmy na zewnątrz – szepnął Hipolit i ruszył przed siebie. Leonika posłusznie podążyła za nim.

            W momencie kiedy otwierał żelazne drzwi jasny blask słońca poraził go w oczy. Usłyszał głuche kliknięcie i poczuł mocny ucisk głowy. Próbował odwrócić się i chwycić Leonikę za rękę, ale nie mógł zrobić najmniejszego ruchu. Dopiero gdy ziemia pod stopami przestała wirować zorientował się, że jest już na placu przed katedrą. Otaczał go tłum ludzi. Niesamowity ścisk. Człowiek przy człowieku. Mężczyźni przeważnie w szarych płaszczach spod których wystawały białe koszule i cienkie czarne krawaty. Kobiety również w płaszczach i w beretach albo w śmiesznych stożkowych kapeluszach na głowie. Wejście do katedry było zaledwie kilka metrów od niego, ale przeciśnięcie się w jego kierunku wydawało się niemożliwe. Mimo to podjął desperacką próbę przedarcia się.

- Panie szanowny, gdzie się pan tak pchasz? – zawołał do niego wysoki mężczyzna.

- Każdy z nas chce zobaczyć prymasa Wyszyńskiego, ale przepychanie nic panu nie da – odparła kobieta, która stała tuż obok.

- Ale tam moja żona w środku została – jęknął Hipolit.

 - Nie pleć pan głupot. Katedra zamknięta. Tam nikogo nie ma. Zaraz msza na placu się skończy i ludzie się rozejdą. Stój pan spokojnie. Takie wydarzenie zdarza się raz na tysiąc lat. Chwilę możesz pan poczekać.

- O czym pani mówi? – spytał zdziwiony Hipolit.

- Patrzcie no, z choinki się urwał, czy co? – kobieta obrzuciła go badawczym spojrzeniem.          – Przecież to obchody tysiąclecia chrztu Polski. Dziwny pan jesteś.

- A może to tajniak z UB-e? – dodał wysoki mężczyzna. Kilka osób spojrzało na niego groźnie.

- Ja zza granicy – bąknął Gut i zaczął wycofywać się do tyłu.

            Szybko przypomniał sobie daty z historii i zorientował się, że znalazł się zapewne w 1966 roku. Znów cofa się w czasie. Niedobrze. Leoniki nie było, więc musiała zostać w poprzednim wymiarze czasowym. Widocznie ich transfery nie odbywają się równolegle. Czekał cierpliwie aż tłum spod katedry zaczął rozchodzić się w stronę miasta. Ludzie spoglądali na niego ze zdziwieniem. Swoim strojem znów nie pasował do otoczenia. Był za bardzo kolorowy. Postanowił przy najbliższej okazji nabyć szary prochowiec. Tymczasem przemieszczał się wraz z tłumem w stronę Starego Rynku. Widok miasta robił na nim przygnębiające wrażenie. Mijane kamienice, były odrapane, w większej części nieotynkowane. Mechanicznych pojazdów było zdecydowanie mniej niż w poprzedniej epoce. Parokrotnie mijał drewniane wozy ciągnięte przez konie. Były one wyładowane czarnymi bryłami, jakby kawałkami odrąbanej skały. Nie bardzo wiedział co to mogło być.

            Ulicą Marcinkowskiego dotarł do Placu Wolności i z wielką ulgą odkrył, że Hotel Bazar nie jest w remoncie, lecz wręcz przeciwnie, stoi otworem dla gości. Zmienił się tylko napis  informujący, że hotel należy do ,,Orbisu”. Cokolwiek to nie znaczyło, dla Hipolita Guta ważne było, że mógł tam przenocować. Jednak z wynajęciem pokoju nie było już tak łatwo. Mężczyzna siedzący w recepcji zażądał od niego dowodu osobistego i powiedział, że jest to hotel tylko dla gości targowych. Tym razem strój Hipolita chyba odegrał ważną rolę, bo recepcjonista mierząc go od stóp do głowy mrugnął znacząco i szepnął na stronie:

- Za parę zielonych, mogę coś panu załatwić bez meldunku.

Gut nie zrozumiał o co chodzi z tymi ,,zielonymi”. Dopiero jak mężczyzna półgębkiem wypowiedział słowo ,,dolary” mógł ze swego portfela wydobyć odpowiednią walutę. Wyciągnął jeszcze dodatkowo banknot 10-cio dolarowy i powiedział:

- Zapłacę ekstra, jak mi pan załatwi taki zwyczajny męski płaszcz.

Recepcjoniście zabłysły oczy tak wielką radością, jakby dostał prezent życia. Zniknął za drzwiami i po chwili wrócił z szarym prochowcem na ręku.

- Weź pan mój, całkiem dobry, niezniszczony. Może coś jeszcze mogę zrobić dla szanownego pana?

- A tak – Gut miał jeszcze jedno pragnienie. – Gdzie tu można się porządnie najeść?

- Niech pan idzie do ,,Krakusa” przy ulicy Kantaka. To pięć minut stąd. Dają tam pyszną grochówkę i prima golonkę. A do tego ,,setka” wódeczki.    

            Hipolit podziękował. Zabrał klucz od pokoju, nałożył płaszcz i ruszył w kierunku restauracji. Zupa z grochu była gęsta i zawierała kawałki gotowanego ziemniaka, a potrawa zwana golonką okazała się być sporym kawałkiem świńskiej nogi. Tłuste mięso podane było wraz z kością. Hipolit jeszcze nigdy czegoś takiego nie jadł. W trawieniu owego dziwnego dania pomogło mu kilka kieliszków ,,setki”, czyli mocnego napoju alkoholowego. Choć jedzenie nie bardzo mu smakowało, to alkohol działający rozluźniająco wprawił go w całkiem dobry humor.

            Zaspokoiwszy z nawiązką potrzeby żywieniowe Gut postanowił wrócić do hotelu. Była noc, a ulicę oświetlały wielkie mrugające świetlne reklamy. Największa z nich przedstawiała palmę po której wspinały się dwie małpki. Tuż za nią mrugał wielki motyl. Nie były to ekrany, tylko prymitywne świecące rurki. Przypomniał sobie, że coś takiego w prehistorii nazywało się neonami. Kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że mrugające małpki śmieją się z niego. Zmęczony dotarł do hotelu i zamknął się w pokoju. Nie było to już tak luksusowe miejsce w jakim spędził poprzednią noc. Nie przejmował się tym zbytnio. Chciał zasnąć jak najszybciej w oczekiwaniu na kolejny transfer czasowy. Postanowił, że rano wróci do katedry, by znów odnaleźć Leonikę.

            O dziwo rano obudził się w tym samym miejscu, w tej samej scenerii. Nic się nie zmieniło. Nie było żadnego kliku, wirowania ziemi. Owszem czuł dziwny ucisk głowy, ale był on raczej spowodowany wczorajszym raczeniem się ,,setkami” niż zapowiedzią transferu. Zszedł na dół. Przy portierni spotkał znajomego mężczyznę.

- Widzę, że nieźle pan wczoraj zabalował – uśmiechnął się szelmowsko. – Polecam dziś na śniadanie w naszej restauracji jajeczniczkę i maślankę do popicia. Od razu pan wydobrzeje.

Hipolit skorzystał z propozycji i postanowił zacząć dzień od skosztowania kolejnego prehistorycznego posiłku. Tłusty napój mleczny zwany maślanką rzeczywiście miał lecznicze właściwości, a danie ze smażonych jajek zaspokoiło głód. Przestała go boleć głowa i zniknęło drażliwe uczucie suchości w gardle. Bezzwłocznie po śniadaniu Gut ruszył do katedry.   

            W świątyni panowała senna atmosfera. Jakaś grupka szkolnej młodzieży była oprowadzana przez przewodniczkę. Hipolit dołączył się do niech i zwiedził wszystkie zakamarki kościoła, łącznie z podziemiami. Leoniki nigdzie nie było. Postanowił więc czekać w ławce na kolejny transfer. Czekał cierpliwie kilka godzin. Dopiero kiedy zorientował się, że w kościele gromadzi się większa grupa osób i że za chwilę zacznie się nabożeństwo postanowił wrócić do hotelu.

            W momencie gdy przekraczał próg wyjściowy usłyszał znajomy klik. Tym razem jednak zamiast dźwięczącej ciszy usłyszał potężny huk, a ściany wokół niego zadrżały. Huk nie ustawał, ziemia i mury trzęsły się jakby wszystko za chwilę miało runąć bezpośrednio na niego. Hipolit poczuł przenikliwe zimno. Chyba zmieniła się pora roku na zimową. Wokół niego wszędzie był śnieg. Nie miał jednak czasu na głębszą analizę zjawisk pogodowych. Nad jego głową wybuchały pociski, z daleka słyszał strzały z broni palnej. Wystraszony biegł przed siebie szukając schronienia za usypanym po drugiej stronie ulicy ziemnym nasypem. Wskoczył do rowu i momentalnie wpadł na jakiegoś umorusanego mężczyznę w brudnym ciężkim płaszczu przepasanym sznurkiem i z czapką uszatką na głowie. Na czapce błyszczała niczym kropla krwi czerwona gwiazdka. Człowiek ów wycelował w niego karabin i krzyknął:

- A ty kto? Giermaniec?

- Jestem Polakiem! – Gut w przestrachu podniósł ręce do góry.

- Poljak? – zaśmiał się żołnierz i opuścił broń. – Szto ty tu diełajesz? Uchodij! Tu strielaju!

            Hipolit zrozumiał jedynie dwie rzeczy. Stoi przed nim sowiecki żołnierz i karze mu się stąd wynosić. Nie czekając na dalszą zachętę skulony, chowając się przed ostrzałem, pobiegł w stronę Warty. Dopiero gdy upewnił się, że nic mu się nie zwali na głowę spojrzał w stronę katedry. Pozbawiona wież budowla płonęła. Nie mógł zrozumieć co się dzieje i w jakim czasie się znalazł? Wiedział jedno. Cieniutki płaszczyk nie chronił go przed przenikliwym zimnem. Patrzył teraz przez Wartę na Stare Miasto. Budynki płonęły. Most którym niedawno szedł do katedry zniknął. Na jego miejscu pojawiły się za to poszarpane ściany osmalonych kamienic, których wcześniej tu nie było. Wbiegł między domy rozglądając się za ludźmi. Ulice były jednak puste. Musiał przedostać się do Bazaru. W katedrze nie miał już czego szukać. Przebiegał od bramy do bramy uważając na ostrzał. Co jakiś czas widział przemykających w oddali rosyjskich żołnierzy. Na wszelki wypadek unikał z nimi kontaktu. Widok zniszczonych zabytkowych kamienic na Starym Rynku przyprawił go o dreszcze. Czuł zimno i wiedział, że na ciepły posiłek dziś nie ma co liczyć. Miasto przez które w ciągu ostatnich dni przemieszczał się w czasie na jego oczach coraz bardziej ubożało, upadało, by ostatecznie zamienić się w kupę ceglanych ruin. Każdy jego kolejny transfer czasowy skazywał go na coraz gorsze i trudniejsze warunki. Czyżby miał się stąd już nigdy nie wydostać? Czy może zakończyć życie w obcym mu wymiarze czasu?

            Przebycie odległości kilometra wśród palących ruin i nieustającego ostrzału artyleryjskiego zajęło Gutowi sporo czasu. Gdy wieczorem znalazł się wreszcie w pobliżu Bazaru zamarł z przerażenia. Budynek hotelu w większej części był spalony. Zachował się jedynie parter i piwnice. Hipolit wbiegł przez zniszczoną bramę na podwórze. Jedno z piwnicznych okien było na tyle rozwalone, że mógł się przez nie przecisnąć do wnętrza. Zniknął w piwnicznej ciemności. Nadal było mu niewiarygodnie zimno, ale to prymitywne schronienie przynajmniej dawało poczucie jakiegoś minimum bezpieczeństwa. Wyczuł, że nie jest sam. Ktoś ruszył się w kącie. Blask światła skierowany prosto na twarz oślepił go na moment. Wtedy to właśnie usłyszał zaskakujące pytanie:

- Pan Hipolit Gut? To pan?

Mężczyzna w uniformie z jego epoki opuścił latarkę. Nie czekając na odpowiedź okrył go grubym kocem i chwycił za rękę. Przyłożony do nadgarstka skaner wyświetlił natychmiast wszystkie dane o jego stanie zdrowotnym.

- Wiedziałem, że w końcu się pan tu zjawi. Czekam na pana cały dzień. Jestem Stif, agent techniczny z WP Corporation. Zostałem wysłany, aby pana odnaleźć. Proszę się nie martwić. Nie długo wróci pan do domu.

- Co za ulga – westchnął Hipolit i niemalże się rozpłakał. – Traciłem już wszelką nadzieję. 

- Nie ma powodu do niepokoju. Cały czas staramy się kontrolować sytuację. Trochę się nam pan wymknął i zagubił w czasie, ale proszę w końcu pana odnaleźliśmy w roku 1945.

- Nie rozumiem, co takiego się stało? Dlaczego nie mogę wrócić do siebie, tylko stale się cofam w historii tego miasta? – Hipolitowi puściły nerwy i zaczął łkać. Agent Stif odsunął się dyskretnie na bok i odczekał chwilę aż Gut się uspokoi.

- Cóż, mieliśmy małe kłopoty techniczne podczas transferu czasowego. Okazuje się, że jeszcze nie do końca panujemy nad tym zjawiskiem. Czas ma tą właściwość, że jest procesem liniowym zmierzającym nieustannie w kierunku do przodu. Przypadek pana i żony można zakwalifikować do bliżej nam nie znanych anomalii zwanych antyczasem. Anomalia ta polega na tym, że czas biegnie w odwrotnym kierunku, czyli z naszego punktu widzenia cofa się. Cofa się zatem wszystko, historia, rozwój, postęp…

- Aaa, rozumiem. To dlatego miasto wciąż zmieniało swój wygląd na coraz gorszy, aż do tego tragicznego obrazu ruin, które oglądam dzisiaj – zamyślił się Hipolit.

- Był pan świadkiem antyrozwoju pańskiej metropolii. Przykro mi, że naraziliśmy pana na taki dyskomfort sytuacyjny. Jednak nie mogliśmy dotychczas pana i żony ściągnąć z powrotem do siebie. Przy każdej kolejnej próbie transferu ulegaliście przemieszczeniu wstecznemu. Na szczęście nasi technicy znaleźli sposób na wyhamowanie tego procesu. Zostałem wysłany, aby pana odnaleźć i pomóc w powrocie. Dobrze, że wrócił pan w miejsce pierwotnie zakładanego transferu. Proszę się przygotować. Musimy jeszcze trochę poczekać. Za parę godzin przejdzie pan przez kolejny transfer i znajdzie się w maju 1925 roku, tak jak  było to określone w umowie. Spotka się pan wtedy z żoną, udacie się na zaplanowaną w kontrakcie kolację do restauracji w Hotelu Bazar, po której wrócicie do naszych czasów. Ja już nie będę państwu towarzyszył, ale dacie sobie na pewno radę. Niech mi pan wierzy, wszystko jest już pod naszą kontrolą.

- Zobaczymy – szepnął Hipolit. – Niech tylko zabierze mnie pan z tych okropnych wojennych czasów.

- To wszystko minie jak zły sen. Proszę odpoczywać. Przed panem jutro wspaniały dzień.

            Hipolit uznał, że to najlepsza rzecz jaką może teraz zrobić. Odpocząć i czekać cierpliwie. Nie zadawał już agentowi żadnych pytań. Skulił się w kącie piwnicy i zamknął oczy. Choć odczuwał głód, to najważniejsze, że było mu nareszcie ciepło. W końcu zasnął. Przez sen czuł małe trzęsienie ziemi i ból głowy. Nie miał jednak siły i odwagi otworzyć oczu. Chciał spać.     

            Obudził się w pościelonym, czystym łóżku. W pierwszej chwili myślał, że śni. Pokój w którym się znajdował był czysty, ładnie umeblowany. Nie było już słychać żadnych wybuchów, strzałów. Za oknem ostrym blaskiem świeciło słońce, słychać było uliczny gwar. Przewrócił się na bok i ujrzał stojącą we drzwiach własną żonę Leonikę.

- Lonieczka, to ty?

- No, nareszcie raczyłeś się zjawić – powitała go pretensjonalnym tonem żona. – Nudzę się tu w tym beznadziejnym miejscu cały dzień. Agent powiedział mi, że muszę zaczekać na twoje pojawienie się. Nareszcie będziemy mogli wrócić do domu. Proszę cię nie organizuj mi już nigdy więcej tak egzotycznych wycieczek. Po prostu kup jak normalny człowiek dwa bilety na rejs dookoła księżyca i nie kombinuj.

- Tak, ja też za tobą tęskniłem – odparł Gut i obrócił się z powrotem w stronę okna.

            Godzinę później Hipolit odświeżony długą kąpielą w wannie, ubrany w brązowy garnitur w prążki, który czekał na niego w szafie, w towarzystwie żony wystrojonej w kremowy żakiet i czarną spódniczkę do kolan schodził schodami wyłożonymi czerwonym miękkim dywanem do sali restauracyjnej Hotelu Bazar. Czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd. Przeżył właśnie niesamowitą przygodę życia, a jej zwieńczeniem miała być wspaniała uczta kolacyjna. Marzył wręcz o smaku dobrze wypieczonej kaczki podawanej z pyzami. Ostatni wspaniały posiłek przed powrotem do domu. Szedł z Leoniką pod rękę. Wyczuwał już  smakowite zapachy unoszące się z restauracyjnej kuchni.

            W momencie gdy przekraczali próg sali usłyszał głuchy klik. W ułamku sekundy zrozumiał co za chwilę nastąpi. ,,I przepadnie mi tak wspaniała kaczka” – zdążył pomyśleć zanim porwał ich ostatni transfer czasowy.    

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii opowiadanie

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS